Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 277 176 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

:(

piątek, 16 listopada 2012 18:35

Sobotnie przedpołudnie zwykle upływało Basi na porzadkowaniu zaległości z całego tygodnia. Niby nie ma komu bałaganić, a jednak czujne oko dostrzega zakurzone kąty, a z pewnością dłuzej zatrzyma się na rosnacej od poniedziałku stercie prania i prasowania. Dziś jednak to właśnie spojrzenie na dom zniechęciło do działania. Szybka decyzja i zamiast jechac na szmacie czy też żelaskiem po wygniecionych koszulach Basia pojechała na zakupy. Nic tak nie poprawia podobno samopoczucia kobiecie jak nowe ciuszki. Podobno - jak się okazało już w miecie. Wszędzie szmatki są do siebie podobne, albo wręcz takie same. Po godzinie dreptania w kółko, przerzucania ciuchów na wieszakach jedynie rozbolały ją ręce. A przymierzanie to istny koszmar w ciasnych kabinach zwłaszcza o tej porze roku. Porażka! A może to brak weny zakupowej? Szkoda tylko tego straconego czasu...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Pożegnania

poniedziałek, 12 listopada 2012 10:00

Pochowaliśmy Danusię, 80 lat, piekny wiek. A ostatnio smutna taka była. Już pare lat. Dopóki Zygmunt żył trochę jej tego smutku zdejmował z pleców, ale jak umarł - to już sama z nim została. No i ta sprawa z Markiem zupełnie ją podłamała. 

Wiesz Basiu, bo w tej rodzinie to zawsze jakieś nieszczęście musiało  się zdażyć. Tu ciotka zawiesiła głos. Niby normalne, że bliscy odchodzą, taka kolej rzeczy. Starość dopada każdego. Ale tacy młodzi? Żal, chłopak był jak marzenie, przystojny, wysoki, sympatyczny... i żona taka ładna , synek malutki. Toż kłócili sie nie raz, jak to w małżeństwie... wtedy też. Zabrała dziecko i do matki poszła, pożalić się. Niech ma czas, spokój , pomyśli. Może zrozumie, ochłonie, ona też - za dużo łatwo powiedzieć... A zresztą , teraz to nawet ona nie wie o co poszło. Od słowa do słowa... A jak wróciła wieczorem on leżał, dookoła krew. Nie rozumiem, Marek taki uśmiechnięty był zawsze... dobry chłopak, trzydziestu lat nie miał. Za wcześnie by umierać. I skąd on miał broń? Ona to długo nie mogła dojść do siebie, obwiniała się. Na leczenie poszła. I dobrze, bo przeciaż to nie jej wina, taka młoda dziecko wychować musi, jakoś żyć. Coś w nim pękło. Co? Nikt się nie dowie. Jak mi Bogdan powiedział co się stało to nie mogłam uwierzyć, dziś też nie mogę. A to już dwa lata minęło w sierpniu. Bo czas płynie pomimo to. Tylko smutek pozostaje. Fajny ten jej synek, taki do Marka podobny...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Niepewność

niedziela, 11 listopada 2012 14:00

Ostatnio Basia na dobre zaszyła się w domu. Zero znajomych, przyjaciół, a w pracy też tylko zawodowe gadki przetykane krótkim marudzeniem na pogodę. Bo przecież listopad i chwalić to aury nie ma za co. W dodatku całkiem jej dobrze z ta alienacją i samotnością. Jeszcze parę lat wstecz i byłby niepokój, nuda, tęsknota za towarzystwem, już nie tak ważne jakim. A teraz, proszę. Co za odmiana! Na stole kawa, druty z zapowiedzią całkiem ładnego sweterka dla najmłodszego w rodzinie bąbelka - w końcu święta za pasem - w TV bynajmniej nie film a muza jakaś... Babcią jeszcze Basia nie została ale wyraźnie do "babostwa" robi przygotowania. Może by nie doznać szoku gdy chwila ta rzeczywiście nadejdzie. Pewnie nie prędko, ale teoretycznie w każdym momencie. W końcu dzieci nie wiedzieć kiedy stały się dorosłe. Teraz to od nich wiele zależy. A Basia dzieci kocha nad wszystko. W końcu jak mąż odszedł przelała na nie całe ciepło i uczucia. Dla reszty świata niewiele go pozostało. Skruszone serce bije gdzieś za głucho zamkniętymi drzwiami, bardzo grubymi zresztą. Nie słyszy pukania, trzeba też przyznać, że nikt nie pukał doń dość mocno. Teraz ludzie szybko się poddają. Nie chce im się starać, kruszyć barier, zdobywać. Najlepiej jak wszystko dostają podane na tacy. Ale to nie w tym przypadku. Basia jest twarda. Przynajmniej taka pozostaje dla świata. Bo gdzieś w głębi tli się niepewność i tęsknota za miłością, pragnienie kochania i bycia kochaną. Tam też na dobre umościł sobie posłanie strach przed porażką. W końcu tak często zawiedli ją Ci na których zależało jej najbardziej, którym ufała. Więc kolejne niedzielne popołudnie mija leniwie i samotnie. Może troszkę smutno, ale przecież bezpiecznie.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

NIEWIERNOŚCI GŁĘBIA

poniedziałek, 22 października 2012 12:27

Podjęłam dziś , nie wiem zupełnie czy aby potrzebnie, dyskusję z moim znajomym o filmie, którego tytuł budzi chyba jednoznaczne skojarzenie, a mianowicie: "Niewierni". On rzecz jasna zapytał czy chodzi o wierność poddanych wobec króla... Ale jak się łatwo domyślić - niekoniecznie tak. Finał tej dyskusji przedstawiam poniżej - to oczywiście z ust mego znajomego:  

"bo kobiety lubią pozostawać niewinne, tak jak mężczyźni niewierni".

Nie uważam , by niewierność przypisana była tylko facetom. Wręcz przeciwnie. Myślę tylko, że kobiety są bardziej dyskretne, nie myślą o seksie tak obsesyjnie. Nie jest dla nich najważniejszy. Do zdrady wiodą je emocje, a nie zgrabny tyłek Pana. Choć ten też nie pozostaje obojętny do końca.

Wracając do samego filmu. Były momenty bardzo zabawne, sytuacje wymykające spod kontroli jakim wtórował śmiech widzów, ale tez refleksyjne. A nawet bardzo poważne. Dlatego myślę, że warto go zobaczyć. W pewnej chwili zrozumiałam , że za niewierność odpowiadają obydwie strony. Zdrada to udział trzech osób (conamnjiej). Wiem, że nie wszyscy się z tym zgodzą. Sama kilka lat temu nie byłabym w stanie tak na problem spojrzeć. To chyba dlatego , że byłam żoną. A małżeństwo ogranicza horyzonty. A może sami je sobie ograniczamy z chwilą założenia obrączki?

Uwielbiam w kontaktach z mężczyznami ten stan niepewności, "gonienia króliczka" jak to oni sami określają (pamiętajmy że nie tylko oni polują). A dobija mnie moment gdy uświadamiam sobie, że przestajemy sie już starać. Gdy do związku wkrada się rutyna. Gdy codzienność przysłania wszystko inne. A seks , choć nadal przyjemny nie cieszy. Przestaje być wisienkĄ na torcie.

Czytałm kiedyś wywiad z Moniką Bellucci. Jej zdaniem małżonkowie powinni mieć oddzielne sypialnie (oczywiście czasem to bywa tudne - lokalowo) właśnie po to by móc zapukać do drzwi ukochanej (ukochanego), by nie wystarczyło odwrócić się na drugi bok i wziąć co uważa się za swoje, a przeciwnie postarać się o to. By miłości nie kojarzyć ze snem, lub jego międzyczasem. Coś w tym chyba jest. A może to złudzenie?

 

Reasumująć. Ten post nie jest pochwałą NIEWIERNOŚCI, jest próbą zrozumienia jej.

O ile to w ogóle możliwe.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Telemania

niedziela, 21 października 2012 12:22

Zawsze byłam przciwnikiem marnowania czasu przed telewizorem. Bo przecież tyle rzeczy jest do zrobienia, zobaczenia i niestety też sprzątniecia, uprania etcetera. I jak to pogodzić z niemocą jaka dopada członki sfatygowane upływem wiosen już słusznej ilości? A atakuje w porze zdawałoby sie najlepszej do spaceru, i tych tam wymienionych powyżej czynności? Coraz częściej zalegając na kanapie po obiadku, a jakże ugotowanym własnoręcznie, bo jak się żyje bez drugiej połówki to nie ma sie kim wyręczyć, dreczona jestem wyrzutami sumienia, że znów nic nie robię tylko się w to zaczarowane pudło wpatruję. Potrafię tak całe popołudnie, od jednego filmu, progrmu czy co tam dają akurat, do drugiego. A opamietanie przychodzi dopiero z ciemnością nocy. Różnie to sobie tłumaczę. Ale wiadomo - tłumaczą się winni. I ja takie poczucie winy mam, jako że od dziecka uczono mnie ,że robic coś trzeba nieustannie, choćby firanki zmieiać co drugi dzień. Żarcik taki. Potem dzieci wymagały stałej obsłgi, no i małżonek rzecz jasna , dopóki był. A teraz gdy towarzystwo sie przerzedziło w skutek nieunuknionego biegu zdarzeń, mam też więcej czasu. Tylo dlaczego trawię go na TV? Pojęcia nie mam. Można powiedzieć - to silniejsze ode mnie. Tak jak na przykład palenie papierosów. Otóż, paliłam, rzuciłam - to znaczy że można. Zatem może uda mi sie też zmienić popołudniowe nawyki? Tudzież weekendowe. Dziś jeszcze pudło nie grało, a już południe! Wiem, że to dopiero poczatek, ale jestem z siebie dumna. Taki maleńki, niedzielny skcesik, którym chciałam sie podzielić.

Wilgotno trochę, ale chyba nie za zimno. Może mała rowerowa wycieczka, zamiast szklanki wody zamiast...

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Czas powrotów

sobota, 20 października 2012 20:34

Nie było mnie tu już tak dawno, że straciłam wiarę w możliwość pisania na tych stronach. Okazuje się jednak, że pamięć staruszkki nie jest taka znowu fatalna. Ale lekko nie było. Ani loginu, ani hasła. Każda z kolejnych prób powodowała zniechęcenie... A nie należy zniechęcać się zbyt szybko, czego dowodem są słowa jakie piszę. Udało mi się po raz kolejny! Jeszcze chwila i pomyślę , żem w czepku urodzona. Ale zanim to trochę ochłonę, wszak nic wielkiego w gruncie rzeczy nie uczyniłam.
Niemniej jednak bardzo rada jestem, że nie muszę zakładać blooga numer trzy. Choć kontynuując tego czuje się jakbym znów zaczynała wszystko od poczatku. Dopiero patrzac na daty ostatnich wpisów dociera do mnie jak szybko upływa czas. A co za tym idzie jak wiele wydarzyło się od ostatniego razu. Chyba z pełną swiadomościa pisanych słów powiedziec mogę, że jestem już innym czowiekiem. Może wydawać się to niemożliwe, a jednak. Z perspektywy czasu stwierdzam, że wszystko jest możliwe.Samo to stwierdzenie w moich ustach świadczy o zmianach. Kiedyś myslałam, że cierpieć bedę zawsze, że nic dobrego mnie już nie spotka, nie dam sobie rady, polegnę. Teraz wydaje mi się , że spotyka nas dokładnie tyle dobrego na ile sami  pozwalamy. W momencie gdy otwerasz się na drugiego człowieka, przestajesz myślec tylko o sobie. Automatycznie przesuwa się epicentrum wszechświata. Z ja na Ty. I to jest piękne! Zupełnie nowe doświadczenie. Gdzieś po drodze gubimy tych, którzy nie są nam wcale bliscy i szczerzy jak się zdawało. Wpadają do szufladki: Cześć jak się masz? I tyle. Za to pojawiają się nowi ludzie wokół. I to jest piekne! Życie to niekończące się możliwości. Dopóki trwa nie należy zaprzątać sobie głowy tym co było, a już nie ma. Przypisywać znaczenia większego niż ma w istocie. Trzeba iść dalej. Do przodu. I to właśnie zamierzam czynić.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Po przerwie

wtorek, 18 stycznia 2011 15:22

Oj dawno mnie tu nie było. Zaniedbałam to moje ciche miejsce i to bardzo. Ale może da się to jakoś nadrobić. Może, bo oczywiście nie wiem co przyniesie jutro. Jest tyle rzeczy do opowiedzenie, tyle myśli doi przelania na klawisze. Ale po kolein powolutku. Może od jutra:)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Wakacje

niedziela, 18 lipca 2010 21:33

Dzieci u tatusia, w domu cisza i spokój. Aż za bardzo. Ale nie pozostaje mi nic innego tylko sie przyzwyczajać. Są juz takie duże. Niedługo zupełnie wyjadą z domu. I wtedy zostanę sama. Chyba trochę mnie to przeraża.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Nie będę Bondem, to mi nie pasuje...

poniedziałek, 29 marca 2010 22:32

Przerost ambicjito prawdziwa bolączka. Zamiast cieszyć się wolnym czasem po powrocie do domu, upichceniu jako takiego obiadu zastanawiam si czy aby wszystko zrobiłam dobrze, czy może cos mi umknęło, za szybko wyszłam z pracy, choc i tak póxniej niż inni. Właściwie to nie tylko problem z ambicja, zdaje się że to już pracoholizm. A jeszcze niedawno zamykając drzwi mego domu odgradzałam sie od tego co działo się przez pierwszych osiem godzin mego dnia. Nawet nie zauwazyłam kiedy stało się inaczej. Czesem odnoszę wrażenie, że im uboższe jest moje życie towarzyskie - o ile kiedykolwiek własciwe takie miałam - o tyle więcej czasu,energii i myśli poświęcam problemom zawodowym. A tych nie brakuje nigdy. W dzisiejszych czasach by sfinalizować jedną sprawę trzeba kilku kartek papieru. A każda ma miejsce w innym segregatorze, treści może i niewiele ale jak to mówia nie ilość a jakość, koniecznie parę fantazyjnych podpisów i budzących zaufanie, że sprawa nabrała wagi - pieczęci. I tak godzina za godziną, dzien za dniem. Przekładanie papierów urozmaicają niekończące się rozmowy telefoniczne, bynjmniej prywatne, bo na te nie ma czasu. Na dłuższa metę męczące. Choć nie wyobrażam sobie że miałabym robić coś innego. Przynajmniej na razie. Czy to w ogóle ma jakiś sens?  A może nie wrto zastanawiać się nad tym dopóki wystarcza na chleb i coś do niego? Bo przecież nie każdy może mieć pracę tak pasjonującą jak James Bond. Z drszczykiem emocji i pięknymi kobietami w tle, za kierownicą, w łóżku... Choć osobiście wolałabym przystojniaków zamiast tych uroczych laleczek. No, ale gdzie mi do Jamesa Bonda!!! Proste ze mnie dziewczę ze wsi. i może niech tak zostanie.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Marzenia się spełniają?

sobota, 27 marca 2010 23:03

Powinnam iść do łóżka. W końcu noc dzis krótsza o godzinę, za mną męczący tydzień, a ten który się zacznie pewnie nie lepszy. Powiało pesymizmem, no cóż. Czasem tak bywa, żeby nie napisać - przeważnie. Od rana dopadają mnie refleksje o wszystkim i niczym. Nie moge znaleźć sobie miejsca. Wymyślam różne zajęcia żeby nie myslec o tym jak czuję sie samotna. To znaczy, dzis bardziej niż zwykle. A nie jest to żaden szczególny dzień. Po prostu, jak codzień.  Wypiłam ze cztery kawy i pewnie daltego nie chce mi się jeszcze spać. Przeczytałam książkę, z której zapamiętam pewnie jedynie, że miłości przypisujemy w życiu zbyt wiele wagi. Tak naprawdę ważny jest szacunek. Od niego powinno sie wszystko zaczynać. Jednak na chemię chyba nie mamy zbyt dużego wpływu, a miłość (czy też zakochanie) jest wynikiem procesow chemicznych. Właściwie długo nie mogłam się z tym pogodzić, że emocje mają tak racjonalne podłoże. A teraz chciałabym żeby dokonał się w moich komókach taki procesik, by znów poczuć jak cudownie jest kochać i być kochaną. Jedyna miłość jakiej doświadczam to ta do moich dzieci. Oczywiście bardzo ważna i istotna w życiu. Jednak pomimo tego pragnę więcej. Zupełnie jakby brakowało mi kropki nad "i". Maleńki szczegół. Niespecjalnie wierzę , że przydaży mi się jeszcze w życiu taka burza jak przy pierwszym poważnym zakochaniu, ale może... Przy całym racjonaliźmie w głębi duszy nadal pozostałam skrytą marzycielką.  Marzenia to ostatnia rzecz z jakiej zrezygnuję. Nawet jeśli nie zawsze pamietam by marzyć. Właściwie to tylko w takie samotne długie wieczory, gdy nie mogę spać.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Mniejsze, większe, okrąglutkie

piątek, 12 marca 2010 15:00
Wiem, że wiosna nadchodzi wielkimi krokoami i że zimą z powodów różnych tu i ówdzie brakowało światła. I ze byc może to skłaniało do zmniejszenie dystansu, bliskości i baraszkowania w długie ciemne wieczory jak za czasów perelu. I ze pewnie w efekcie tych zimowych zawieruch tyle rosnących brzuszków pojawiło sie nagle jak grzybów po deszczu - na ulicy, w internecie, własciweie rzekłabym wszędzie. Gdziekolwiek nie spojrzę, nie zajrzę ciąża, dzidziuś... to wspaniale! ale powoli rzuca mi się na mózg. Chyba za bardzo pozwalam obrazom przenikac do mej głowy. Dzieci śnia mi sie po nocach. no fajne, malutkie. Ale jak sobie pomyślę... W necie okrągłe brzuszki, linki do porad i takich tam. A ja jak mi sie tylko (z przejedzenia oczywisce - mam nadzieję) brzuszek powiększa to go oglądam z niepokojem i troską.  Wariuję chyba. A może po prostu przewrazliwiona jestem. Ale w moim wieku i sytuacji to moze nie jest aż tak niezwykłe.
Naprawdę cieszę się , że rodza sie zdrowe, sliczne różowiutkie bobaski znajomym i nie tylko. I podziwiam, że tuz przed czterdziestką ktoś DECYDUJE  sie swiadomie na dziecko. Ale ja nie chcę. A może podświadomie właśnie chcę i stąd te myśli i strach.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

I żyli długo i szczęścliwie...

środa, 03 marca 2010 21:24

W telewizji kolejny amerykański film o miłości, szczęśliwym życiu w rodzinie i samotności tych którzy jej nie mają. Cała akcja opiera się na serii niefortunnych,a może też fortunnych zdarzeń, które w efekcie doprowadzą do happy endu. Film się dopiero zaczął, a ja już wiem co będzie dalej i jak się skończy. Jakie to wszystko przewidywalne i niestety niemalże nierealne w rzeczywistości.
Zblazowana jestem jak widać, za grosz romantyzmu. To może lepiej będzie jak zamiast pisać obejrzę tę ckliwą historię. Może humor mi się poprawi, albo przynajmniej przestane tak zrzędzić.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Boli tu i tam, tylko co?

niedziela, 28 lutego 2010 12:23

Źle się czuję, fizycznie rzecz jasna. Zastanawiam się dlaczego i muszę przyznać różne rzeczy przychodzą mi do głowy. Boję się tego gdybania, a jednocześnie myśli natrętnie bombardują moją głowę. Łapię się za różne mniej lub bardziej pilne zajęcia żeby zabić czas i oderwać się trochę od zmarwień - skutek marny niestety. Może uspokoję się jak trochę poprasuję. Czasem to działa. Na jutro umówiłam się do lekarza. Wiem, że iść muszę ale to wcale nie osłabia strachu. Jeszcze jeden dzień i jedna noc, a potem będzie lepiej lub gorzej. Czasem niweiedza jest błogosławieństwem.
Wczoraj schowałam, po raz kolejny zresztą, dume do kieszeni i zadzwoniłam do ex męża. Nie odebrał, ale dziś udało mi sie z nim porozmawiać na skype. Nawet dość swobownie i spokojnie. Czyli o wszystkim i niczym. Kwestie dla mnie istotne zawisły między wierszami, mimochodem. Dobre i to zwłaszcza jeśli będzie miało przełożenie na realia. Poza tym trochę żartów, jako że nie wiedziałam że córcia ma włączoną w kompie kamerę. No i dowiedziałam się, że przytyłam. Nie wiem czy to komplement. Chyba nie. Ale cóż - trzeba brać wszystko za dobrą monetę, bo inaczej przyjdzie zwariować.
A, nadal mnie ten gość nie pociąga, powiedziałabym nawet, że drażni. Chyba się wyleczyłam i to na dobre.
Szkoda tylko, że nie potrafię ułożyć sobie życia inaczej niż w pojedynkę.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Trzy lata później.

środa, 17 lutego 2010 18:16

Od kiedy dzieciaki mają własne laptopki prawie w ogóle nie spędzamy ze sobą czasu. Siedzę więc sama na mojej zielonej, lekko już sfatygowanej, aczkolwiek wciąż wygodnej kanapie i zastanawiam się jak zabić czas. Nie żebym nie miała nic do zrobienia. Jednak domowe obowiązki są ostatnią rzeczą na którą mam dziś ochotę. Niech więc piętrzy się nadal ta góra prasowania i naczynia w kuchennym zlewie. Dzis mam dzień lenia. Dobrze to o mnie nie świadczy, ale przecież nikt nie jest ideałem, a ja z pewnością. Wciąż nie odespałam wyjazdów jakie ostatnio zaliczyłam, zarwanych nocek, nerwówki. Teraz bynajmniej sen nie przychodzi. Może relaks zadziała jednal odpręzająco. Istnieje też taka mozliwość, że wręcz przeciwnie. Kłębią się myśli w mej głowie. Nie mogę ich poukładać. Znów mam taki dziwny stan gdy nie wiem czego właściwie chcę. Wszystko mnie drażni i wkurza. Może to zima, a może spóźnione PMS.
Odezwała się moja dawna sąsiadka, która za chlebem wyjechała do bardziej przyjaznego młodym ludziom kraju. Ciepło rozeszło sie po sercu gdy czytałam co tam u niej słychać.A jesnocześnie obudziła się tęsknota za wspólnymi spotkaniami przy kawie i fajku. Jak ten czas leci, to już ponad pól roku jak jej nie ma. W tych naszych sporadycznych listach nie sposób przekazać co się czuje i myśli. Tak właśnie urywają się z czasem kontakty. Zresztą, myślę że nowe warunki ją odmieniły. Ja zdaje się też nie stoją w miejscu. Mam ogromną ochotę spotkać się z nią tak naprawdę. To jednak nie jest możliwe w najbliższej przyszłości. Moęe w wakacje uda mi się wyskoczyć do niej na kilka dni. Bardzo tego pragnę, a to dobry początek. Oby realia nie okazały się inne.
Dziś wszystko wygląda jakoś ponuro. Dlaczego? Trochę pewnie za tę melancholię odpowiada fakt, że zajrzałam na mego starego bloga. Od niego wszystko się zaczęło. Cała ta moja przygoda z pisaniem. Miała to być terapia na smutek jaki przepełniał mnie po rozpadzie małżeństwa. Teraz z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że odniosła skutek. Nie wiem czy oczekiwany, z pewnością jednak pozytywny. Czytając pierwsze wpisy sprzed trzech lat stwierdzam, że jestem zupełnie inną osobą. Znacznie spokojniejszą, bardziej pewną siebie. Nie budzą  już we mnie emocji jakie towarzyszyły mi w tamtym czasie. Zupełnie jakbym czytała o życiu innej osoby. Obcej? Nie. Po prostu innej. Wówczas nie wierzyłam, że mozliwy jest taki dystans do samej siebie, uczuć, zmartwień i trosk. Teraz zastanawiam się czasem jak mogłam aż tak bardzo przeżywać pewne sprawy, cierpieć. Teraz stoję obok tych moich problemów, które choć nadal są, nie wydają mi się aż tak niebotyczne. Zobojętniałam? Stałam sie nieczuła? Pojęcia nie mam. Chcę mysleć, że wykształciłam w sobie odporność. Tak jest wygodniej, bezpieczniej. Gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że tak wielkie zmiany są w ogóle możliwe, nie uwierzyłabym. Że przyjdzie czas, gdy na wspomnienie tych ciężkich dni nie zakręci mi sie łza w oku... wydawało mi się to nierealne. A proszę, kilka lat, wciągający wir codzienności i wszystko nabiera innego wymiaru. Zadziwiające jest to życie. Muszę jednak z całą moca stwierdzić, że o tym co boli trzeba mówić. Wyrzucic to z siebie. I chyba tak w eter najlepiej. Mówienie o sobie, wątpliwościach, uczuciach do innych znanych mi ludzi nie przynosiło ulgi. Nie wiem jak to działa, ale czuję że mam tu swoje ciche miejsce, wynurzalnię, oazę do której zawsze mogę zajrzeć. Skryć sie w cieniu wyimaginowanych drzew, napić wody ze strumienia życia. Tutaj, nawet gdy ktoś mnie czyta nie czuję się oceniana. Wręcz przeciwnie- akceptowana. z całym moim inwentarzem myśli. Tu mogę być sobą.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Dziękuję.

niedziela, 14 lutego 2010 20:04

Dopóki człowiek nie przeżyje sam nie wie jak to jest. Więcej, nie pojmuje jak to możliwe. A nawet później nie do końca rozumie co się stało. Ja nadal nie rozumiem. Pewnie za dużo o tym myślę, ale to dlatego że nie wiem co mam myśleć. Po raz pierwszy w mym życiu i za sprawą ogromnego szczęścia, na które nie wiem czym sobie zasłużyłam nadal jestem. Usnęłam za kierownicą. Byłam bardzo zmęczona, niedaleko domu. W samochodzie ciepło, muzyka. Gdy otworzyłam oczy jechałam lewym pasem. Koła dudniły na śniegu, którego drogowcy nie zebrali dokładnie . Serce mi zamarło, na szczęście instynkt,a może zdrowy rozsądek nakazał odbić w prawo. I właściwie nie stało się nic - a tak wiele zarazem. Dostałam ostrzeżenie? Nie wiem. Z pewnością drugą szansę. Zamykam oczy i znów to widzę, pamiętam strach jaki wtedy czułam, ulgę, że nie ma nic naprzeciwko, ukłucie w sercu - choć to czuję nadal. Przerażenie na myśl, że mogłam podpisać się pod losem przypadkowych ludzi, że mogłam nie wrócić do moich dzieci.
Może powinnam zatrzymać się na chwilę, pomyślec o moim życiu? Wykorzystać ten czas jaki został mi dany?Może czas na zmiany? Tylko jakie? Wróciłam do tej samej rzeczywistości, wpadłam w znajomy wir zajęć. Tę samą samotność, którą znam już od dawna. Nie umiem tego wyjaśnić,wszystko jest takie jak przedtem, tylko ja jestem inna, a nawet nie potrafię opisać różnicy jaka zaszła.
Dramatyzuję? Może. Chcę tylko powiedzieć - dziękuję. Za to że nadal mogę być.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Wszystko w normie

środa, 10 lutego 2010 14:05
Nareszcie. Przez ostatnie dwa tygodnie czułam się trochę dziwnie, a to za sprawą wyjazdu rodziców na wczasy. Generalnie to wspaniale, że ruszyli sie z domu, zostawili całą te codzienność, pracę i takie tam... ale ja czułam się nieswojo nie słysząc znajomej krzątaninty za scianą, szumu wody w łazience, śmiechu, szurania kapciami i trzaskania drzwiami. Na codzień nie mieszkamy przecież razem, każdy ma swój kat, z własnym wejściem, kuchnią i cała tą resztą. Bywa, że nie widujemy sie kilka dni mieszkając w jednym domu. Ale świadomość, że zostałam sama z dzieciakami to co innego. Była po prostu przytłaczjąca. I gdy ich zobaczyłam naprawdę serducho podskoczyło mi do góry z radości. Trzeba dodać, że pogoda była zimowa, śniegu co niemiara na drogach, a jazda daleka. Nerw mnie brał, żeby szczęśliwie dojechali i tam i do domu. Wiem, że ja to zawsze znajdę pretekst by sie trochę pomartwić. ale jak poczuje się to osamotnienie to pretekst sam rośnie, bez żadnych wspomagaczy. I juz się zastanawiam co ja pocznę jak zostanę całkiem sama kiedys w tym wielkim domu?

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

O narzekaniu słów kila.

czwartek, 21 stycznia 2010 13:38
Narzekanie to temat ankiety na WP. Wpadł mi dziś w oko i nasunął parę spostrzeżeń. Otóż, wczoraj miałam koledę. Oczywiście nie ma w tym nic szczególnego, poza faktem może jedynie , że na samą myśl o tym zdażeniu zwsze dopada mnie stres. Ale to wynika z tego ,że moje relacje z klerem w wiosce nie należą do wzorowych. Ku memu zdziwieniu spotkanie przebieglo dość spokojnie. Ja nie szukam zaczepki, a druga strona też już się chyba przekonała, że nie ma co na siłę wkładać mi do głowy swoich przekonań. Ot taka luźna rozmowa. O życiu, dzieciach, religii w szkole, chodzeniu - czy raczej w naszym przypadku nie chodzeniu do koscioła. Bez wiekszych uniesień. Padło też pyanie o tak zwaną sytuację ogólną. Więc ja na to, że świetnie, nie narzekam. Można nawet powiedzieć, że lepiej niż dotychczas. I tu pojawia sie wyraz kompletnego zaskoczenia, a nawet powiedziałabym zawodu w oczach rozmówcy. Bo jak to? Ano, mówię, zdrowie dopisuje i mi, i dzieciom, rodzicom także, praca jest, dzieci grzeczne ogólnie rzecz biorąc, uczą się chętnie jak sądzę. Wiec czegóż jeszcze trzeba. W domu ciepełko, pomijajac humory dorastajacej młodzieży, całkiem miła atmosfera. Słowem, nie ma co marudzić.
Ja nie przesadzam, zaskoczenie było odczuwalne. Jeszcze po wyjściu księdza zastanawiałam się o co chodzi, czy aby nie palnęłam czegoś głupiego. Ale nie. Daję słowo. Nie rozumiem tylko tej reakcji. Choć może - własciwie chyba lepiej rozmawia się z taką osobaą wiecznie niezadowoloną... bo z tą, która cieszy się życiem wygląda na to że nie ma o czym. I to wydaje mi się smutne. Z dwóch powodów: primo bo zdaje się że cudza radość nam nie służy, secundo bo chyba tak przyzwyczajeni jesteśmy do marudzenia, że odczuwamy jego brak. Ot, zwyczjnie, jak ktoś marudzi to się można podłączyć i swoje niezadowolenie wyrzucic przy okazji.
A może ja sie mylę??

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Marzenia do spełnienia

sobota, 02 stycznia 2010 20:43

No i mamy całkiem nowy, młody rok. Ciekawe co nam przyniesie? Albo też całkiem egoistycznie zapytam, co przyniesie mi? Oczekiwania jak co roku ogromne, życzenia, plany, marzenia. To wszystko kojarzy się z początkiem czegoś nowego. Choc tak naprawdę to przecież oprócz cyfrowego zapisu nie zmieniło się zbyt wiele. No, przyznać trzeba że okazja była do ciut dłuższego leniuchowania. To akurat okoliczność przyjęta z entuzjazmem nie tylko przeze mnie jak sadzę. Całkowity lajcik. Zero stresu, pośpiechu i konieczności do działania jakie towarzyszą dniu codziennemu. Za oknem skrzy się bielą śnieg na pagórkach, gałęziach drzew i drogach. Temperatura nie zachęca do spacerów jednak i zdecydowanie wolę kosztować zimowe widoki przez okno z mojej ulubionej, lekko już przetartej kanapy. A  co mi tam, jak leniuchowanie to pełną gębą. Kawka na przemian z herbatką, do ciasteczka. A tak poważnie, to w domu trzyma mnie chyba najbardziej jak magnes choróbsko jeszcze ubiegłoroczne, którego wciąż nie moge się pozbyć. Czyli tradycyjnie przeziębiłam się i mam lekko przechlapane. Obok big kubka herbaty z cytryną i sokiem malinowym jeszcze większe pudełko chusteczek.  Tak wygląda moj całkiem nie najgorszy jednak początek roku. Koniec poprzedniego był bardziej rozrywkowy na szczęście. Zabawa do białego rana, toasty, życzenia, całkiem niezłe towarzystwo. Czyli nie tak znowu źle, a z pewnością lepiej niz przed rokiem,kiedy to samotnie pilnowałam telewizora w domu. Coś zmienia się jednak, idzie naprzód. wiec może warto miec nadzieję, że przynajmniej połowa z życzen jakie usłyszałam na przełomie ostatniego tygodnia, a nawet od świąt chyba poczynajac spełni się w końcu. A życzono mi zdrowia przede wszystkim, co zresztą zrozumiałe zważywszy na to jak kleją sie do mnie choroby wszelkiej maści od pewnego czasu. Co bardziej racjonalnie myslący pożyczyli mi kasy, faceta, nowego etapu w życiu co nieodłącznie w ich mniemaniu wiąże się z przed chwilą wymienionym facetem, miłosci - to chyba też powiązane z poprzednim. No cóż nie pozostaje mi nic innego tylko podpisać się pod tymi życzeniami obiema rękami. Bo może rzeczywiście muszę sobie znaleźć faceta, żeby nie blokować spełnienia marzeń mi życzonych. Uczucia mam w tym temacie różnorakie, jak już niejednokrotnie wspominałam. Bo przecież faceta już miałam i okazało się , że owszem i fajnie było, ale w końcu dowiódł słuszności słów z piosenki, że "facet to świnia". Niestety nawet ze swiadomością tegoż faktu muszę przyznać, że trochę mi tej świni brak. No niekoniecznie tej konkretnej. z pewnością nie tej. Ale tak w ogóle.   Zatem ponieważ nadzieję na to że to on mnie odnajdzie straciłam już dawno, musze się chyba zacząć ja za jakimś rozglądać. no, nie za byle jakim, musi byc do rzeczy. Cokolwiek to znaczy dla mnie tłumaczyc nie będe, bo to chyba nie do wyjasnienia, wszak sama do konca nie wiem jaki mi potrzebny. Okaże się. Ale to w dalszej części marzen realizowania. Póki co zastanawiam się gdzie te poszukiwania skierować. Bo przecież nie tu, w wiosce. Zatem jak, gdzie?? A może ... pomysly mile widziane. Bo zupełnie nie mam pojęcia od  czego zacząć, moze z wyjątkiem wizyty u fryzjera, ale to i tak miałam w planach. Bredzę, wiem. chyba  zeby przekonać sama siebie, że nie ma rzeczy niemozliwych.A od kilku lat miałam wrażenie, ze takie rzeczy zdarzją się wszystkim w okół tylko nie mi. Nadal tak myślę, `Bo ja wiem. Może czas juz się odblokować. Otworzyć na innych. Bo przekonana jestem że to ja sama odstraszam swą niedostepnością. O rany, napisałam to. Więc to chyba prawda.
Patrząc na te szczęsliwe pary małzeńskie na zabawie sylwestrowej tylko momentami żal mi było że jestem sama. A te momenty wyznaczały ckliwe piosenki jakie od czasu do czasu rozbrzmiewały z głośników. Bo te właśnie trzeba tańczyć w parze. Niestety zainteresowanych przytulaniem par było jak na życzenie. Może panie i miały ochotę zawisnać na szyi męża, tudzież partnera, przytulić się i zapomnieć o całym swiecie na parę chwil. Panów jednak bardziej interesowało własne towatrzystwo i butelka mocniejszego trunku króżąca wokół stołu. W efekcie na sali zrobiło się niemal pusto. A szkoda. Bo mają takie możliwości, siebie nawzajem i nie korzystają z tego. Nie rozumiem, tak już chyba po prostu jest. nie chciałabym jednak by tak było ze mną. Bo przcież co to za różnica - samotnie w pojedynke czy we dwoje? Oczywiście samotnością też się mozna podzielić , tak jak miłością, szczęściem, uśmiechem, handra czy czymkolwiek. Czy ja wiem czego chcę? Nie, ale też nie do konca wiem czego nie chcę, choc to znacznie łatwiej sprecyzować. Chyba. 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

:(( złośnica

wtorek, 15 grudnia 2009 13:57

Tyle mam w sobie żalu, ze można by obdzielic pół wioski. Widzenie świata jest różnorodne. Czasem w szarości widać same ciepłe barwy - nawet mi się to zdarza. czesem zaś szare jest szare i już! Coś, sama nie wiem co, wprawia w przygniebienie, a potem jest juz tylko gorzej. Tak mi sie zdarzyło wczoraj. Zaczęło sie z samego rana, gdy dziecię moje kochane postanowilo pojechac do szkoły w trampkach. A śniegu po kostki. Buty zimowe są, a jakże, z poprzedniego sezonu co prawda, ale nic im nie brakuje. Solidne, skórzane, zupełnie niezniszczone i rozmiar odpowiedni. Ale na swoim postawił i pojechał. Przez pól dnia gnębiła mnie myśl, że primo - zachoruje, a dopiero co wyciągnełam go z paskudnego przeziebienia, secundo - nowe buty muszę kupić skoro tych nosic nie chce, a przeciez w tych trampkach to sobie nogi odmrozi na przystanku. Wiem jak jest bo tez do szkoły dojeżdżałam i nie raz czekałam na autobus. A tu swięta za pasem, premii nie było w tym miesiacu to i z kasa krucho. A takie buty słono kosztują. W dodatku na koncie wcielo mi pare stówek, sprawa do wyjasnienia w banku, ale pojechać trzeba no i odsetki lecą. Ech. w robocie tak jakoś byle jak, niby nic sie nie dzieje, ale... W dodatku przypomniałam sobie, że nic nie mam na obiad bo mięsa nie wyjełam z zamrażarki. trzeba będzie improwizować. A w brzuchu burczy niemiłosiernie. od czego jednak głowa na karku i wiele lat praktyki? Szybki przeglad lodówki i do dzieła, wzięlam się za pierogi z kapustą. Szło dobrze nawet, juz pomijając fakt ze maka nienajlepsza, ale co się dziwic jak z Biedronki. Troche to trwało, ale gdy po kuchni rozszedł sie zapaszek jedzenia prawie przeszła mi złość. No i stało się , skończyl sie gaz. pierogi w połowie surowe, zasmażka tylko co wrzucona na patelnie a tu z butlą trzeba po wiosce latać. Tak to jest. Na szczęście pomógł mi tato. Jak zawsze nieoceniony, choc chwile wcześniej omal mu się przypadkiem nie wylała moja czara goryczy na głowę gdy mi sie pod rękę nawinął. W pore jednak zorientował sie chłopina, że nogi trzeba brac za pas, bo z chodząca wścieklizna nie ma co zaczynać. Pośmiał sie i poszedł. I chwała mu za to, bo nie patrzyłam do kogo walę  (dzieci wyczuły w tri miga mój nastrój i pozamykały się na głucho w pokojach). Po tym jak ochrzaniłam za bajzel w kuchni. Synek to nawet posprzątał, naczynia umył. Niesamowite co może widok rozzłoszczonej matki zdziałać. W międzyczasie jeszcze nawineła mi się moja mama, ta to zupełnie wyczucia nie ma jeśli o moje nastroje chodzi. Ale podsyciła ogień pod kopułą. Normalnie taka zła byłam , że niewiele brakowało do eksplozji jakiejś. Troche pusciło mi po obiedzie, bo pierogi w koncu udały sie przednio, a w brzuchu rozeszło sie przyjemne ciepełko. Grunt ze przestałam warczeć. Pozostała jeszcze złość na samą siebie za kompletny brak opanowania. Bo żeby aż tak się nakręcić!! może jednak nie tylko ja mam dni gdy nie ważne czego dotknę a sypie się jak domek z kart. Oj brakuje mi w takich chwilach oparcia na solidnym meskim ramieniu, usmiechu kochanej osoby która rozładowałaby napiecie. Głupiego zartu, ciepłego słowa, herbaty której nie musiałabym parzyc sama... Sami wiecie.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Jesienne klimaty

poniedziałek, 16 listopada 2009 8:46

Mówią, że z rodziną to najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Kiedyś broniłam się przed tym stwierdzeniem, teraz im starsza jestem tym bardziej wydaje się ono prawdziwe. Najlepiej to chyba trzymać bezpieczny dystans. Nie wtrącać się za nad to i na wtrącanie innym nie pozwalać. Czyli rodzinę traktować jak obcych? A może to nie to samo? Nawet już nie próbuję dojść skąd się te wszystkie problemy w porozumiewaniu biorą. Bo jak nie wiadomo o co chodzi to przecież o pieniądze. A jak nie o nie, to o co? No, nie bez znaczenia jest tu też mentalność. Na wiosce ludzie tacy zacietrzewieni, że aż strach. Na nic próby pojednania, wyjaśnienia. Jak się ktos uprze to nie ma rady. Albo kraczesz jak oni albo wara ze stada. Zatem moje stadko kurczy się w zatrważającym tempie. Głównie dlatego, że pozostawiam sobie prawo do własnego zdania i chyba nie zamierzam z niego rezygnować. Jakie to szczęście, że ta najbilższa rodzina ma w sobie więcej tolerancji niz cała reszta. Ostatecznie mam to po nich. Tak mnie wychowali rodzice. Ale wracając do tematu. Trochę wyalienowałam się z zycia "rodzinnego" co m a też swoje zalety. Więcej czasu spedzam w domowym zaciszu z moimi dzieciakami, choc one juz są zajete własnymi sprawami. Pozostaja więc książki. Zatem czytam, czytam, czytam. Teraz "Panny i wdowy" Marii Nurowskiej. Szalenie wciągająca opowieść. A później.... zobaczy się.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Krótkowzrocznie

wtorek, 20 października 2009 15:00
Bo właściwie po co zamartwiać się wszystkim? Co to komu da? Wybieganie myślami w przyszłość , planowanie... A nie lepiej tak po kawałku, na godzinę do przodu, na pół? Małymi kroczkami, małymi chwilami...Bez wielkich przemyśleń, obaw, lęków na zapas?
Lekkomyślnie? Czy aby? Może, ale o ile prościej. Zawsze znajdzie się ktoś  kto powie : "a nie mówiłem?".  Ryzyko wpisane w egzystencję.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Wymiękam

wtorek, 13 października 2009 15:25

Staram się nad wszystkim panować jako tako, okazuje się jednak to nie takie proste. Zawsze znajdzie się cos co wyprowadzi z równowagi, a potem tylko nerw i kłujacy ból w ciasnej klatce piersiowej. Nieznajomość prawa szkodzi jak mawia łacińska sentencja. A jednocześnie trudno znać je przynajmniej w takim stopniu by nie dać się zaskoczyć. Zgłupieć można z tym całym funduszem alimentacyjnym, komornikami i reszta z reguły niedoinformowanych  urzdników. Nie dość że odsyłaja od Jonasza do Kajfasza, dają sprzeczne informacje to jeszcze od razu szufladkują człowieka jako oszusta. Niebiosa, pomocy!! Bo zgłupieję do szczętu. W dodatku sama sobie jestem winna, bo zachciało mi się dochodzić swoich praw, ścigać o kasę. To mam teraz na głowie na własne życzenie cały tan biurowy burdel. Wyjdzie jeszcze na to, że z powodu mojej uczciwości zamkna mnie jak złoczyńcę jakiegoś. A nie można tak na spokojnie wysłuchać, wytłumaczyć, spróbować przynajmniej znaleźć jakies rozsądne rozwiązanie? Przecież to nie tak wiele. Tyle, ze wychodzi na to że sama musze do tego rozwiazania dojść i nie dać się pożreć jeszcze po drodze! Wszystko sama, sama, sama! Ech, szkoda gadać. Bunt nic nie da, przynajmniej takie mam przeczucie. Od rana się gryze , ale wiem że musze ochłonąć i pozałatwiać jakoś te sprawy, które powinien pozałatwiac mój eks małżonek. Czy to coś nowego? no cóż. Nie. Więc o co mi chodzi? Ano o to że brak mi sił. Zwyczajnie mam po wy zej dziurek w nosie ciągnącej się za mna jak ogon przeszłości, która dopada z nienacka i kąsa jak opętana.  I jak tu odważnie spojrzeć w przyszłość? Z wiara że będzie lepiej? No jak?


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Powroty

środa, 30 września 2009 12:14

Takie modne odtatnio. A to do trendów  sprzed lat, a to na stare smieci. Czy też jak w moim przypadku do pisania. To skojarzenie pewnie na skutek lektury książki jaka wpadła (nie całkiem sama) mi w rece ostatnio. Mam na myśli "Powroty nad rozlewiskiem". Rzecz jasna pochłonełam całą "trylogię". Podobało się. Powroty przeczytałam jako ostatnie. I tak powinno chyba być , choć tak naprawdę opisują one początki całej historii. Niesamowicie klimatyczna  opowieść. Polecam każdemu. Nie tylko kobietom. Jak to dobrze przypomnieć sobie od czasu do czasu co tak naprawdęliczy się w życiu. Otóż - przyjaźń i rodzina. To w bardzo dużym skrócie. Ale nie o to chodzi bym opowiedziała tu książkę. Ostatnio miałam duże rozterki na skutek waśni w rodzinie. Trudne tematy, jeeszcze trudniej połapać się w tym wszystkim. Bo każy ma swoje racje, punkt widzenia i za grosz nie chce ustąpić czy też spróbowac chociaż rozumiec innych. A skutki oplakane jak sie moża domysleć. Pewnie nie powinno mnie to obchodzić bo rzecz cała rozegrała się w rodzinie mego ex. Ae to teżponiekąd wciąż moja rodzina. Serce boli gdy patrzęna to wszystko co wyprawia się między ludźmi. Za grosz pokory. Waściwie nie wiadomo o co chodzi - to pewnie niestety o kasę. Póbowano wmanewrowaćmnie w całe te rozgrywki. Nszczęście nieskutecznie. Mam tylko wrażenie mimo żewyalienowałam sie z samego konfiliktu, to jednak każda ze stron oczekuje bym opowiedziała sie za nią. A ja tak nie chcę. Zatem trudno mi, zwłaszcza że wszystko dzieje się na jednym podwórku. na szczęście nie moim. Jednak atmosfera poanująca tam nie skłania do odwiedzin. Zatem siedzę w domu. Znów sama. I pewnie dlatego czytam. Czas wycieczek rowerowych minął, za zimno już. Zreszta ściemnia się coraz szybciej. Chopróbsko dopadło i opuścić nie chce. Cóż zatem robić? A jeszcze cała zima przed nami. Gorączkowo poszukuję pomysłu na czekające mnie nudne wieczory. Na razie wertuję w necie stronki z wszelkiego rodzaju kursami. Aerobik odpada. Nie dam rady fikać z tą moja nogą. Kurs tańca też pewnie ponad me siły. Pozostaje angielski. Pożyteczne. Choć nie mam do tego głowy. Jakaś tępa jestem do tego języka! Zupełnie nie po europejsku. Francuski wchodzi gładko, łacinę tez przełknęłam co prawda dawno temu ale jednak. A angielski taki obcy i nieprzystepny... Nie znalazłam niestety żadnych zajęć z pozytywnego myślenia w okolicy. A to chyba byłoby najlepsze rozwiazanie. Coś musze robic bo oszaleję z nudy. Głupoty przychodzą mi do głowy. Nerowa robię się zupełnie jak nie ja. Niestety mieszkanie w pięknym zakątku kraju, posród wspaniałych jezior i lasów ma też swoje wady. Bo oprócz przyrody jest tu niewiele więcej. Nasza wioska jakby starzała się , wymierała. Coraz więcej młodych ludzi ucieka do miasta (albo za granicę) coraz mniej pozostaje tych z którymi można porozmawiać. Mam ochywiście rozmowe o czymkolwiek co nie jest plotka lokalną. Nie cierpię żyć cudzym życiem. A 90 % mieszkańców właśnie to robi. Smutne. Wszędzie daleko. Do kina, o teatrze nie wspomne bo go nie ma po prostu w okolicy. Nawet na saunę coraz mniej chetnych. Cięzko zebrać klika osób chętnych. Chyba wola oglądać telewizję wieczorami. Chioć ja uważam, ze nic ciekawego w niej nie ma. Bo ile mozna słuchać o gwałtach i nieszczęściach, tudziez kompromitacji polityków.
Czy ja aby nie wpadłam w marudny ton swoim starym zwyczajem?  A jakże! Zupełnie siadło mi pozytywne myślenie! Mówiłam. Trzeba na kurs. Tak dalej byc nie moze. Jeszcze chwila i zmienię się w trzydziestoparoletnią marudną babę!Tragedia!
Wszelkie pomysły na rodzace optymizm spedzanie wieczorów mile widziane. Więc jeśli takowe macie podzielcie się. O ile nie zrrazilam Was jeszcze swym dołujacym nastrojem.
Pozdrawliaju - jak mawia mój uroczy kolega. Na dziś to wszystko. Bo ile można:))


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Coś drgnęło

poniedziałek, 17 sierpnia 2009 13:41

Sobota była okropna. I jeszcze w dodatku to swięto, nie bardzo mozna zabrać się do roboty, rece zająć czymś innym niz papieros. I znów od sciany do sciany, pokoju do pokoju... Samotna, smutna, wściekła w dodatku o to że tak jest. I wygadać sie nie ma do kogo, bo rodzice od rana w rozjazdach, a siostra nie zjechała z familią jako że postanowiła wreszcie zrobić prawko i chyba jakoś tak jej zajęcia wypadły na kursie (w święto??). Poza uprzejmościami w sklepie i krótkim telefonem do koleżanki (zbyt zajetej by wypić wspólną kawę) nie rozmawiałam dosłownie z nikim. Koszmar jakiś. A potem znalazłam książkę. I chyba to mnie uratowało bo już zaczęłam zapadać się w złości na samą siebie i otoczenie. Dobra literatura jednak działa jak balsam na duszę i skołatane nerwy. Od książki odkleiłam sie dopiero po przeczytaniu ostatnich linijek, w niedzielę rano. Ale tym razem nie dałam zdominować się pustce jaka panuje wokół mnie. Koleżankę "serdeczną" odpuściłam sobie zupełnie. Bo przecież nic na siłę. Samotnie też można robić wiele rzeczy. I w dodatku z przyjemnością. Pogoda cudna, wybrałam się więc na rower. Piękne te nasze lasy i jeziora w nich ukryte. Tu i ówdzie domek nieopodal wody otoczony soczyscie zieloną trawą przetykaną kwiatem koniczyny. To pewnie gdy gospodarz zapomniał o kosiarce:)). Malownicze klimaty. Słońce, powietrze, zapach lasu nastroiły mnie bardzo optymistycznie. Nawet bolące od jazdy po polnych drogach siedzenie, błoto w które wpadłam obdzierając przy okazji nogę i działajace jedynie od czasu do czasu w mym rowerze hamulce nie zepsuły mi nastroju. Potem jeszcze kapiel w chłodnym jeziorze i wypad do miasta na lody włoskie. Możecie się śmiać, ale takich dobrych lodów nie jadłam nigdzie więcej, a trochę miejsc zjeździłam w swym krótkim żywocie. Zresztą ktokolwiek spróbował ich podziela moje zdanie. Ale do rzeczy - całkiem fajnie rozkręcił mi się ten leniwy dzień. Spać poszłam odprężona i zadowolona. Choć przecież znów byłam sama. Jak to więc jest z ta naszą samotnościa. Czemu czasem męczy i to bardzo, a czasem bywa przyjemna? A może ta przyjemność nie jest prawdziwa. Może to ułuda? Chwilowa niezdolność umysłu do rzetelnej oceny sytuacji? Strasznie to brzmi , wiem.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Co ja mam ze sobą zrobić?

środa, 12 sierpnia 2009 10:27

Nie rozumiem dlaczego tak dziwnie się czuję. Byłam zmeczona, martwiłam się , że same nad wodą i w domu albo Bóg jeden wie gdzie. A teraz smutno mi bo nie ma moich dzieci razem ze mną. A może dlatego że czuję się samotna. Wbrew rozsądkowi to wszystko. Zamiast cieszyć się  ze spokoju i swobody to przeżywam. Gdzie tu sens i logika??!! Pocieszam się , że początki bywaja trudne. Parę dni i przyzwyczaję się , a jak nie to zwariuję:)). Wczoraj pobłąkałam się po domu, padał deszcz, zrobiło sie zimno i wylądowałam w łóżku. Poczatkowo z zamiarem poczytania książki. Ale jak tylko głowa spoczęła na poduszce ogarnęla mnie senność. W efekcie w domu syf, na obiad jakaś mrożonka, muchy się panoszą. Fakt - wyspana jestem jak nigdy. Dobre i to.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Dzieciaki na wczasach

wtorek, 11 sierpnia 2009 15:46

Pojechały. Wrócą z końcem wakacji. Jeśli wrócą. Może nie zechcą. W domu cisza z rzedka i leniwie przerywana much bzyczeniem. Pokoiki puste pomijajac bajzel po pakowaniu. I ja sama w czterech scianach. Smutno mi. I żal, że chata wolna a nie ma z kim tego faktu wykorzystać. Ot głupia , wcześniej trzeba było o tym pomysleć. Może bylo by się do kogo teraz przytulić. Na szczęście prawie cały dzień w pracy. To jakoś zleci. No i zawsze mogę "zaszyć się" w pracowni - oby nie dosłownie:)). Za oknem deszcz, szaro, buro i ponuro. Może stąd brak optymizmu i markotna takam? Mam nadzieję, że to stan przejściowy nie permanentny. Długo tak nie wytrzymam.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Na wczasach

wtorek, 14 lipca 2009 19:07

... miałam nie dotykać komputera przez dwa tygodnie. W końcu, na co dzień mam go po dziurki w nosie. Ale wiadomo jak to jest w dzisiejszych czasach, bez niego ani rusz. A to konta stan trzeba sprawdzić coby nie zagalopować się w wydatkach wakacyjnych za nad to, a to pocztę... i tak sobie pomyślałam że zajrzę też do mojej "wynurzanki", bo skoro już dorwałam się do klawiatury, to słów parę skrobnę. Jestem więc,  w przerwie między plażowaniem, objadaniem się a piwkiem. To się chyba sjesta nazywa w połódniowych rejonach starego kontynentu. Zatem siedzę na tarasie klimatycznego domku z muru pruskiego z widokiem na las. Ale... wiem już, że za tymże lasem jest MORZE. I tak jeszcze przez tydzień prawie. A mi się dobre rzeczy nie nudzą szybko. Trudno więc będzie wyjeżdżać. Tym się jednak przejmować zacznę za dni kilka. Tymczasem zaczęłam drugi tydzień urlopu. Luzik totalny. Nawet córcia (obym nie przechwaliła) wydaje się być zadowolona. Synek został w domu. Ma wolną chatę (niezupełnie bo babcia za ścianą). Mam nadzieję, że nie zmaluje nic brzemiennego w skutki. Kiedyś jednak musi się dziecię wyrwać spod skrzydeł mamci. Zwłaszcza, że trochę się wynudził w ubiegłym tygodniu. Nie narzekał, ale oczy mam i widziałam.
Dochodzę ostatnio do wniosku, że chyba się starzeję - alienuję się dziwnie jakoś od ludzi - nawet przebywając z nimi. Nie chce mi się gadać, mogę siedzieć w ciszy (tudzież przy akompaniamencie ptasich treli), z kawką na stole, fajkami w zasięgu i dobrą książką. I nie potrzeba mi więcej nic do szczęścia. Pocieszam się cichutko że to może objaw być spokoju ducha, niekoniecznie zdziadzienia (o ile kobiety się pod to w ogóle kwalifikują). Wyluzowałam, czyżby?? Może i tak. Nie mam nawet ochoty by się z kimś pokłócić, posprzeczać. Totalna olewka.
Pozdrawiam cieplutko blogowiczów miłych oddając się rozkoszom urlopowania. Któryc też oczywiście, takich czy innych życzę wszystkim tego lata. W końcu wyjrzało słonko zza chmur i trzeba korzystać. Nieprawdaż?


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Facet potrzebny od zaraz:)

piątek, 26 czerwca 2009 14:07

Dosyć mam już mej samotności. Przygód od czasu do czasu i długich wieczorów w pojedynkę. A póki co żadnych widoków na zmiany. Bo i kiedy? Większość dnia w pracy, niby wśród ludzi, ale nie do końca. A popołudnia mijają wyjątkowo szybko. Nawet zważywszy na fakt, że na wsi czas płynie wolniej niz w mieście. W dodatku zauważyłam , że ja chyba nie potrafię flirtować, zagajać... To wręcz dziwne, bo zawsze byłam dość komunikatywna. Paradoks jakiś. Mnóstwo ludzi w okół i samotność.
A może czas pogodzić się z faktami i odpuścić mrzonki o tym , że jest gdzieś moja druga połówka (skoro pierwsza okazała się pomyłką). Chciałabym dać sobie i może komuś też druga szansę. Skorzystać z niej. Nawet jeżeli nie będzie różowo, a nie będzie to jasne.
Poukładałam sobie życie. Wszystko zdawało by się jest na swoim miejscu. Emocje na uwięzi. Więc dlaczego mam wrażenie, że zatapiam się w marazm?
Tyle o mnie. Czyli chyba bez zmian:-/.

Z wioskowego podwórka nowe wieści.

Opuszcza nas moja urocza sąsiadka, która postanowiła wyruszyc na obczyznę za lepszym bytem. No i pewnie. To dobrze. Tu perspektywy kiepskie. Ale smutno mi. Zżyłysmy sie przez tych siedem lat przez płot. Dzieci nam porosły. Dożo wypalomnych wspólnie fajek, hektolitry kawy, tysiące usmiechów i pewnie też łez. Ale kto by je liczył.

Jasne , że pozostana mi świetne wspomnienia, maile i rozmowy przez telefon od czasu do czasu. No cóż swiat sie zmienia. Tylko ja jak już wcześniej pisałam tkwię w miejscu. Bedę miała okazję odswierzyć zapomniany już w naszych czasach zwyczaj pisania papierowych listów. Na ładnej pachnącej papeterii, a może zwykłej kartce w kratkę - nie ważne. I może jakoś oswoję się z faktem, że nie mam już bratniej duszy pod ręką gotowej na wspolny spacer i babskie pogaduchy.
Kiedys powiedziałam, że z tej wioski powoli uciekną wszyscy. Tylko ja pozostanę tu wierna jak rzeka, w mym domku. Czekajac na odwiedziny dzieci, może wnuków kiedyś. A od czasu do czasu znajomych. Nie wiem co częściej. Wnoszac z zachowania dzieciaków i stosunku ich do mnie, może się okazać, że obcy ludzie bedą częściej wpadać niż własne dzieci. Life. Nic nie poradzę . Nie ja pierwsza i nie ostatnia. Tylko smutno. Bo staram się, naprawdę. Kocham jak mogę. Daję ile się dać da. I.... szkoda gadać....


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Rozmawiajmy ze sobą!

poniedziałek, 27 kwietnia 2009 18:43

Widze , że niechcący włożyłam kij w przysłowiowe mrowisko. A może nie tylko mnie nurtuje problem. Zgadzam się i Wy to w większosci potwierdzacie - powinniśmy rozmawiać. O seksie, ale przecież nie tylko. Istotnie pewne rozmowy nie są łatwe. Co wynika, jak sadzę, niekoniecznie i nie do końca z poruszanych tematów. Raczej z faktu, że coraz mniej w ogóle rozmawiamy z dziećmi. A to z braku czasu, a to z powodu kłopotów dnia codziennego, które dopadają nas na każdym kroku. Do tego zmecznie, inne pierdoły - gdzie w tym galimatiasie czas dla dziecka?? Zwłaszcza, że tu nic nie da powierzchowna gadka.
I wiecie co? Najgorsze jest to, że ja także tracę kontakt z dziećmi. Własnie dlatego, że za dużo pracuję (ktoś jednak przecież musi - padło na mnie), a może nie mam do nich cierpliwości. W końcu mam w domu dwoje nastolatków, które potrafią dać do wiwatu. A może zwyczajnie mam czasem dość. Boje się jednak, że nagle okaże się, iż na rozmwę jest zwyczajnie za późno, bo dziecko coś zmluje, albo też nie będzie już chciało ze mną gadać. Owszem rozmawiamy nadal ze sobą. Zdecydowanie nie tak jak kilka lat temu. Zresztą małe dzieci są bardziej otwarte, ciekawskie, nie wstydza się tej swojej ciekawości. ale też problemy poruszaja trochę innej natury. Poza tym są zabawne. Nastolatki niekoniecznie. Właściwie taki nastolatek jak mój syn to juz prawie dorosły człowiek. Wiem, prawie robi wielką różnicę, ale jednak. Ma własne jasno sprecyzowane zdanie, wie czego chce. Ja tego zdania nie zmienię, nie jestem w stanie. Mogę mu jedynie pewne sprawy przedstawić w odpowiednim świetle. Ale i tak decyduje on. Coraz częściej inaczej niż bym tego chciała. Co nie znaczy zawsze źle.  Mogę się z nim nie zgadzać. I tyle. Ważne jednak by on o tym wiedział. Nie na zasadzie - a nie mówiłam - gdy zaliczy wpadkę. Raczej - przemyśl to, spróbuj , może nie koniecznie tak. Nie od razu, ale kiedyś poskutkuje - mam nadzieję.
Strasznie trudno jest być mądrym rodzicem, zwlaszcza gdy jest się w dodatku tak młodym rodzicem. Moi rówieśnicy często gesto są na etapie pieluch. W dodatku samotnym. Choć może to akurat sprawia że jest łatwiej? Nie wiem. To też względna sprawa. Sami widzicie, nic nie jest proste.
Do następnego napisania, pozdrawiam Wszystkich ciepło.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Jak to z tym seksem jest?

środa, 18 lutego 2009 8:43

Dużo się ostatnimi czasy dzieje w moim życiu, choc na pozór jakby nic sie nie zmienia. Na jakiś czas wypadłam (dosłownie) z obiegu. Mnie także dopadła jak wielu innych grypa, zwaliła z nóg, wymeczyła niemiłosiernie. Ale to już przeszłość.
Dziś napiszę o tym jak złą jestem matka w oczach mej ulubionej, trzeba też dodać jedynej szwagierki. A rzecz poszła o banał, jak mi sie zdawało. O seksualność w życiu naszych dzieci. A może to nie taki banał? Przyjmuję jednak do wiadomości, ze takowa pojawia sie w życiu szesnastolatka. Rzecz jasna nie w pełnym wymiarze, bo na to za wcześnie jeszcze, ale nie da się zaprzeczyć - młodemu juz różne rzeczy do głowy przychodzą. Co ma wyraz w choćby w innym niż rok temu traktowaniu dziewczyn. Widzę jak nabiera pewności siebie, nie odwraca wzroku przy scenach przytulanych w czasie filmów, nawet w mojej obecności. A ja to akceptuję. Bo taka jest kolej rzeczy. Mój mały synek dorasta. Jest ode mnie wyższy o głowę, wygląda i pachnie już nie jak chłopaczek ale całkiem po męsku. Nawet chęć posiadania wciąż małego dziecka nie zmieni faktu, że to już nim nie jest. Dlatego też uważam , że wypieranie tegoż ze świadomości, czy też nie przyjmowanie do wiadomosci to droga do nikąd. Jedyne co mogę to rozmawiać z min, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. Głównie po to by nie utracić tegoż pierwotnego, danego nam z natury kontaktu. Wiedzieć co dzieje sie w życiu młodego i może to zabrzmi rzeczywiście dziwnie uchronić od błedów. To pewnie nie jest możliwe. Ale spróbować warto.
A moze ja rzeczywiście jestem , tu cytuję "pierdolnięta" bo razem z dzieckiem oglądam filmy po dwudziestej? Trzeba dodać, że w większości dozwolone od lat dwunastu, aczkolwiek niejednokrotnie kapiące seksem?
Mnie wychowano surowo, o seksie nie rozmawiało sie zupełnie. Takie tematy pojawiły się w domu gdy zaszłam w ciążę. Uważam trochę za późno. Dlatego rozmawiam już teraz. O szacunku dla dziewcząt, traktowaniu ich podmiotowo a nie przedmiotowo i o tym jak ważne jest uczucie. O nie , takie pogaduchy wcale nie są łatwe. Nie da się wygłosić kazania, zresztą co by ono dało. Ale szanuje dzieciaka za szczere okazywanie emocji, nigdy nie starałam sie przekazywać mu fałszywego wizerunku świata. O tym , że życie to nie sielanka dzieci mam nadzieję już wiedzą. To co dostajemy na tacy w telewizyjnych serialach niewiee ma wspólnego z rzeczywistością. Życie jest piękne, ale świat okrutny. W dodatku wszystko dzieje się teraz znacznie szybciej. A zawsze uważałam, że jeśli dziecko czegoś pragnie, chce - zrobi to niezależnie od naszego punktu widzenia. Ja chciałabym tylko ograniczyć niepożądane skutki do minimum. Może to zbieg okoliczności, zauważyłam jednak że coraz częściej mówi się o nieletnich rodzicach , kilkunastoletnich matkach, które są w wieku jeszcse gimnazjalnym. Więc jaki sens ma otacznie tematu wolaką. Wręcz przeciwnie trzeba o tym mówić. Nawet jeśli innym wydaje się to głupie.
To moje zdanie. A może naprawdę jestem pierdolnięta?


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (23) | dodaj komentarz

Śnieg pada...

piątek, 02 stycznia 2009 11:39
Aura dopisuje w nowym roku, słońce zapuszcza swoje złote promienie nieśmiało na świeżutki śnieg. Mróz na szczęście trzyma dość mocno by zima nie stała się rychłym wspomnieniem. Zatem jest nadzieja, że skoro od pierwszego dnia jest fajnie to tak też zostanie, przynajmniej na czas jakiś.
A ja od rana w pracy nudzę się niemiłosiernie. I tego nie chciałabym dowiadczać przez cały rok, bo rzecz jest nie do zniesienia. Dlatego też pomyślałam, że zerwę się ok. południa. Przynajmniej w domu ogarnę to i owo. Bo po świętach nazbierało się trochę z lenistwa bałaganu tu i ówdzie.
A śnieg sypie coraz mocniej... tylko słońce zniknęło... a szkoda.
To tyle o pogodzie. Venę szkag trafił!! Może później coś skrobnę. A tymczasem do poczytania;-).
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Koniec roku

środa, 31 grudnia 2008 13:12

Nowy Rok przyjdzie mi przywitać bardzo kameralnie. W gronie powiedziałabym najbliższych i to chyba niekoniecznie. Bo może okazać się że dzieciaki rozbawione nie wpadną do domu nawet na chwilę. Ale to przecież prawo młodości. Czyż nie?
Zatem wkroczę w 2009 całkiem sama, no nie, z butelką szampana i tak jak lubię, książką za towarzysza. Nie przeszkadza mi to szczególnie, wszak nie zawsze można balować, a co więcej nie zawsze mam na to ochotę. Co prawda w ubiegłym roku i ochota nie pomogła wobec faktu że byłam chora. Tyle, że teraz nie mając oparcia w silnym ramieniu młodego przystojniaka postanowiłam nie wyruszać jako tzw. singiel. Choć to przyznać trzeba dość ostatnimi czasy modne.
Poza tym nie umówiłam sie w październiku do fryzjera i maniqurzysytki, a zapyziała nie pójdę:))).
Szaleństwo ogarnia ludzi na koniec roku!! Całe te świąteczne przygotowania, którym i ja poddałam się bez szemrania, choć myślałam że się oprę. Ale... co tu dużo mówić. Nie dało się. Potem urodziny . A teraz jeszcze Sylwester.
A mnie ostatnio niepokojące dopadają pragnienia. Jakiś spóźniony instynkt macierzyński na bis, nie wiem. Dziecka mi się chce. Chyba za sprawa pobytu mego męża byłego. Uświadomiłam sobie, że dzieci coraz mniej sa moje, coraz bardziej jego. To jakby było do przewidzenia. A jednocześnie spadło na mnie jak grom z jasnego nieba. Znów przestały mnie dostrzegać, liczył się tylko tato. I tak sobie pomyślałam, że chciałabym miec takie moje tylko dziecko. Małą pociechę dla której chciałoby mi sie żyć , gdy ptaszęta wyfruną z gniazda.
Wiem, wiem to czysty egoizm. Ale czy to dziecko nie było by szczęśliwe majac tylko mamę, i rzecz jasna przyrodnie, duuużo starsze rodzeństwo??
W małżenstwo już nie wierzę , w macierzyństwo nadal tak.
Cholera, obym nie wykrakała!! Bo to wcale nie takie proste. I nie do końca przekonana jestem czy chcę tak naginać karku. Te nocne pobódki, kolka, ząbkowanie.... Tylko ciąża zawsze sprawiała mi ogromną przyjemność, pomimo totalnej deformacji figury.
Cóż co mam byc to będzie.
Wszystkim przyjaznym duszom życzę szampańskiej zabawy dziś (nie koniecznie moim wzorem), spełnienia marzeń w Nowym Roku już 2009 (jak ten czas leci) i oby był on pomyślniejszy niż mijający. A przynajmniej nie gorszy;))))
Do zobaczenia za ROK.!!!!!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Jakie więc będą te święta?

środa, 17 grudnia 2008 15:13

Zupełnie nie wiem jak to się dzieje. Mam wrażenie, że budzę sie nocą, idę do pracy, a gdy wracam znów jest noc. Zupełnie nie doświadczam dnia, słońca jak na lekarstwo, czyli brak. Ech, może dlatego tak spieszno mi by skończył się rok, w nowym zawsze będzie bliżej do wiosny i normalnego życia. Poza tym to mam chyba problem, czy też zwyczajnie dopada mnie strach, ogarnia panika... dowiedziałam sie że jaśnie pan zaszczyci nas swą obecnością w święta, a konkretnie juz w niedzielę. Wiem , wiem nie do mnie przyjeżdża, do dzieci pewnie... Jakoś nie zanosi sie na to byśmy mieli nauczyc sie dialogu...  Za dużo niechęci i złości, za dużo ... sama nie wiem czego. Pewnie każde z nas ma swoje racje. Wiem już , że dzieciaki orientowały sie co do jego przyjazdu, nie powiedziały mi nic jednak. Ciekawe dlaczego?? Tego dowiem sie dzis po południu. Powinnam się była domysleć, gdy córcia, całkiem hipotetycznie pytała czy będą mogli pojechać gdzieś z tata, jak przyjedzie. Ale żadne konkrety nie padły. Zresztą, nic już nie poradzę. Jest jak jest i pewnie na nic moje zamartwianie się. Dzieci tylko szkoda. Bo nawet dla nich nie pójdę na ustępstwa. Nie dam się pominąć i traktować jak powietrze, w końcu nawet jak się nie kocha już matki swoich dzieci, to nadal wypadałoby z nią rozmawiać, zwłaszcza gdy ta je wychowuje. I to właśnie o dzieciach, nie bzdetach jakichś. Ale... o czym to ja mówię. Pewne rzeczy się nie zmieniają. Tak jak pewni ludzie.
Póki co postaram sie delektować tymi paroma dniami spokoju jakie mi jeszcze pozostały. Normalnie mam ochotę spakować dzieciaki i gdzieś z nimi pojechać. Ale one tęsknią do ojca. Niezależnie od tego jaki on jest. Widać nie był taki zły (gdy nim jeszcze był) skoro tęsknią. A moze sama jestem sobie winna. Zawsze go broniłam, dopiero od niedawna mówię prawdę,
Czemu tak trudno o właściwe decyzje i słowa. Dlaczego muszę wybierać "mniejsze zło" - przecież to nadal zło!?
Ech, trzeba się jakoś wprawić w świąteczny nastrój. Tylko jak?


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Punkt widzenia

piątek, 05 grudnia 2008 8:44

(...)"My mężczyźni jesteśmy biednymi niewolnikami przesądów. Za to kiedy kobieta postanawia przespać się z mężczyzną nie ma takiego parkanu którego by nie przeskoczyła, fortecy której by nie zdobyła, ani jakiejkolwiek normy moralnej, której nie byłaby gotowa złamać.  I nie ma takiego Boga, który by ją powstrzymał."(...) Gabriel Garcia Marquez
Czy to prawda?


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Z dystansu...

środa, 03 grudnia 2008 0:25

Czterysta trzydzieści dwa dni temu, w ponurej sali sądowej przestałam być żoną człowieka z którym zamierzałam kiedys przeżyc całe życie. I choć to ja wystąpiłam o rozwód, był to smutny dzień mego życia. Wówczas całe jestestwo krzyczało PRZESTAŃ, zrób coś, cokolwiek. Tyle, że skończyły sie chyba pomysły, zabrakło też sił. Zupełnie nie wiem dlaczego dziś do tego wracam. Chyba tak, bez powodu. Zajrzałam na mój poprzedni blog, a tam jest okienko odliczające krople wolności. Bo odkąd zaczęło wyswietlać cyferki przestały to być krople łez.Uświadomiłam sobie, że jedyne emocje jakie teraz wiążą sie z jaśnie panem to złość i frustracja. A może też beznadzieja. O zgrozo dotyczą one jedynie aspektu finansowego, a raczej jego braku.
Pięć lat temu (no prawie), gdy usłyszałam: nie kocham cię już - zawalił sie mój cały świat. Schudłam, płakałam, wbogaciłam o parę zmarszczek, nie miałam czym oddychać.... Zawirował świat, a mnie wciągnął wir smutku. I wówczas myslałam, że tak juz będzie zawsze. Na szczęście zdarza się , że nie mam racji.
Dziś, pamietam to wszystko co zdarzyło się wtedy - dawno temu. Pamietam bo zapomnieć nie sposób, choć nie raz już próbowalam. więc chcę pamiętać, skoro nie moge nie chcieć. Ale dziś nie ma to już znaczenia. Tak wiele sie zmieniło. Ja jestem inna.
Dzis jestem SZCZEŚLIWA.
Nie potrzebuję już tego powietrza, którego tak bardzo mi brakowało gdy zostałam sama. Może to głupie ale oddycham bez niego.
I potrafię być sama. Jestem spokojna.
Poznałam kogoś, kto jest na początku drogi jaką przeszłam. Jest pogrążony w rozpaczy. Nie rozumie. I wciąż pyta dlaczego?? Dlaczego tak sie musiało stać??
Rozumiem, też kiedyś zadawałam to pytanie. A jest na nie jedna, wkurzająca dodam odpowiedź: BO TAK. Tak miało być. Szkoda tylko, że nie potrafiłam mu wytłumaczyć, że to pytanie nic nie da, powinien zapytać raczej PO CO? Bo nic nie dzieje się bez celu.
Dziś wiem, że pomimo bólu, cierpienia i samotności jakiej doświadczyłam - stało sie to co miało stać - właśnie po to bym odkryła siebie.
Nie potrafię "ułożyc" sobie życia z nikim. Ale to nic. To nieufność. Wiem jednak kim jestem. Jak wiele traciłam żyjąc w cieniu innego człowieka, który całkowicie mnie zdominował, zagłuszył. Którego kochałam ponad wszystko, a on i tak odszedł. Więc nie potrafię juz kochać jak kiedyś. Może nigdy nie będę. A pomimo to jestem szczęśliwa.
Czy to ma sens?


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Ufffff, chyba będzie dobrze

poniedziałek, 24 listopada 2008 12:22

Odebrałam wyniki, wreszcie. Okazuje się ,nawet po łacinie można napisać , że jest dobrze. Uczyłam się kiedyś tego języka, ale wyleciał mi z głowy jak wiele innych rzeczy od czasu liceum, wiec jak zobaczyłam taką długą linijkę z której zupełnie nic nie było znajome to się chyba usztywniłam bardziej niz przed odbiorem wyniku. Pani doktor, choć wizytę mam dopiero za tydzień na szczęście nawinęła mi sie pod oko na korytarzu, a skoro już tom jej karteluszkę tajemniczę podsunęła grzecznie prosząc o wyjaśnienie pod oko... i stąd wiem ... dobrze jest - usłyszałam, po c zym każda z nas podreptała w swoją stronę.
Zatem dziękuję za słowa otuchy, bo choć na pisanie nie mogłam sie zupełnie zdobyć, czytałam przecież to i owo. Znacie mnie już trochę, nie popadam w euforię, bom strasznie nieufna i uwierzę pewnie dopiero za trzy miesiące po kolejnym badaniu, ale uspokoiłam sie przyznam - trochę.
Tymczasem pozdowionka zasyłam wszystkim serdecznym blogowiczom:-].


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Chciałabym by było jak dawniej... bym ja była jak kiedyś...

czwartek, 13 listopada 2008 15:04

Nie lubię siebie takiej. Czuję jak pękam na tysiąc kawałków. A każdy z nich przestaje byc mną, staje się zupełnie obcy.Straciłam kontrolę nad ciałem. Ono żyje (jeszcze) swoim własnym rytmem, rządzi się prawami, których mnie nie dane jest poznać. A może za ciasny mam w swym buncie umysł by je ogarnąć...? Wszystko pewnie minie (przebłyski nadziei) nie wiem niestety kiedy, a co gorsza na jak długo.
Bezsilność, strach, wyparcie - to uczucia będące mym udziałem od tygodni.
Znów oczekiwanie na wyniki badań, niemoc, ból - czy prawdziwy? Już nie wiem.
A myśl mam ciągle młodą. Marzę. Cieszę sie z kolejnego dziecka koleżanki. Podziwiam ją, zazdroszczą... może i to i to. Dopiero przy moich dzieciach przywołuję się do porządku. Ktoś przecież w tej rodzinie musi byc dorosły. Na razie chyba ja. Ale już niebawem.... Może one. A co będzie ze mną?  Jak mam pogodzić lekkość myśli z brzemieniem ciała. Ciała, które nie słucha mnie. Jest nie do naprawienia. A to nawet nie starość. Mam dopiero 35 lat!

A do Paryża powinnam pojechać sama. Zdecydowanie tak. Może wówczas zobaczę go własnymi oczami....
Ale to później, gdy uporam się z ... no właśnie z czym? Czy remont to właściwe słowo? Renowacja? Naprawa? Leczenie? Chyba tak.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

W moich snach Paryż... i ja

wtorek, 04 listopada 2008 9:11

Czas urlopów nastał. Pora roku co prawda na urlop nie bardzo, no chyba, że w planach znalazłaby się eskapada w jakąś cieplejszą część globu... mój urlop z tego roku jeszcze nie tknięty i obawiam się, że nie uda mi się go przemycić do stycznia. Zresztą starym zwyczajem pewnie wykorzystam go na pobyt w szpitalu... A to już niebawem. Ale zostawmy to na razie.
Marzy mi sie wyjazd do Paryża. Nie, on mi sie juz śni po nocach. Planujemy to z siostrą od kilku ładnych lat i wciąż nam nie wychodzi. Ale... myśl dojrzewa też w jej głowie i to już pozytywna wiadomość. Bo jak ona zacznie śnić o Paryżu to może, może - kto wie... Zupełnie nie rozumiem co mnie tam ciągnie. Przecież to tylko miasto. Piękne podobno, ale wciąż miasto. A ja miast chyba nie lubię, nie bez przyczyny siedzę na wiosce przecież. Może jednak warto pójść za głosem intuicji... ? Nie wiem, tymczasem niech myśl dojrzewa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Kandydat na meża

środa, 22 października 2008 22:11

Jedziemy sobie z sasiadką automobilem z miasta, deszcz zacina już całkiem mocno, wiec jeno o powrocie do domu mrzarzę. Nie powiem troche się spieszę ale precież z ostrożności nie rezygnuję na drodze. No tak, tyle ze sąsiadka droga właśnie prawo jazdy robi i każde moje niedociagnięcie wytyka:)) Nic to. stoi sobie facecik na poboczu i macha ręką. Nic za nami to chyba do nas. Pytam ja czy go zna. Mówi ze nie. Szkoda mi się chłopiny troche zrobiło, to zażartowałam, że może go weźmiemy, a nuż to przyszły kandydat na męża..... wychodzi na to , że mojego nie jej , bo ona juz ma , a ja juz nie. I już nogę z gazu zdjęłam, gdy pasażerka przeurocza wypaliła: A cóż to za kandydat na męża skoro okazja jeżdzi???!!! I został biedaczek na tym deszczu.
Cóż, życie jest okrutne. A ja chyba juz wiem czemu tak trudno złapać okazję. ;-)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Moda na laski

wtorek, 21 października 2008 18:23

Wszyscy lansują modę na szczupłe ciało. I niby ne powinno mnie to jakoś szczegolnie dotykać, wszak zawsze byłam chudzielcem, a jednak zastanawiam się czemu ma to służyć. Przecież w człowieku najważniejsze jest jego wnętrze. Nie zaś to jak wygląda. Owszem, juz jako dziewczę zaobserwowałam, że tak zwane laski cieszą się wiekszym zainteresowaniem płci przeciwnej. Przyciągają spojrzenia, są obiektem porządania. Mam tylko nadzieję, że nie jest to twarda regułą. Bo byłaby to dość smutna reguła. Potwierdzająca próżność człowieka. I tego, który jedynie ciało uważa za godne pokazania, i tego który czuje się lepszy mając przy sobie takie właśnie niezłe ciacho. Nie ważne już jakiej płci.
A refleksja pojawiła się w trakcie słuchania radia, gdzie od kilku minut mówi się o przyczynach nabierania ciala. I jakoś nie dostrzegam w tym co słyszę pozytywnych wibracji. A obiło mi sie o uszy kiedyś powiedzenie : kochanego ciała nigdy dosyć. Ciekawam czy to puste jedynie słowa, czy w istocie są ludzie myślący w ten sposób.
Przeszkadza mi fakt - już odrzucając wszelkie inne aspekty - że przyciągam mężczyzn właśnie dlatego że jestem szczupła i filigranowa. Bo ja chyba chciałabym by dostrzeżono we mnie osobowość nie ciało. Nie kruchą istotkę do przytulania, a kobietę w każdym calu, ze wszystkimi wadami i zaletami meandrów kory mózgowej. Partnera.
Zresztą, znam sporo świetnych ludzi z niezłą oponką. Są nawet weselsi i bardziej wyluzowani od tych, którzy wciąż liczą kalorie, czy też odchodzą od stołu bo zbyt poźna na jedzenie godzina. I jeszcze biedy pół gdy ograniczają się do siebie, gorzej gdy zaczynaja oceniać innych nie szczędząc uszczypliwych uwag. No, rozumiem jakiś umiar powinien być. Otylość wszak to choroba. I tę trzeba leczyć. Nie popadajmy jednak w przesadę!
Ja tam lubię grubasków. Nie za posiadany tłuszczyk, tylko za pogodę ducha - pod warunkiem, że stres odchudzania ich jej nie pozbawił.
A wszystko rozbija sie o samoakceptację. Bo gdy tej brakuje to już nic nie pomoże. Poza tym swiat byłby nudny gdyby wszyscy byli tacy sami, ulepieni według jednej formy. Jednak słuchając radia chociażby dochodzę do wniosku, że niewiele jest tolerancji dla puszystej inności. Tak wiele zależy od nas samych, wystarczy przecież powiedzieć: kotku, ziast: kluseczko czy hipciu.
A może te moje dywagacje sa zupełnie bez sensu? Może nastawiłam ucho nie w tę co trzeba stronę? I tak naprawdę nie ma o czym mówić?
Nie wiem. Przypomina mi się znajomy, który ogląda sie za każdą szczupłą laska na ulicy. Nawet gdy na siedzeniu obok w samochodzie siedzi jego małżonka - już dawno nie szczupła. Pewnie nadal ją kocha, co nie przeszkadza mu w wytykaniu jej tych paru kilogramow i wodzeniu wzrokiem za laseczkami. Lubię go, a mam ochotę dowalić. Bo nie tylko ona się zmieniła. On też zapiera się brzuchem o kierownicę. Tyle że to akurat jest w porządku! Przecież panowie po czterdziestce tak mają!
Zresztą o co mi chodzi? Przecież jestem szczupła!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Sny

piątek, 17 października 2008 19:50

Obudziłam sie w nocy przerażona. Sen był tak realny, że niemal czułam jak wypadaja mi zęby. I choć nie wierzę w sny (chyba), jakoś nie mogę przestać o tym myśleć. A sennik mówi, że wypadajace zęby to  nieszczęście, a może nawet śmierć w rodzinie.
Kiedy już zaczęłam myśleć przytomnie, uparcie wpatrywałam sie w okno. Czasem pomaga rano nie pamiętać nocnego koszmaru. Nie tym razem. Jeszcze odruchowo sprawdzam językiem czy wszystkie są na swoim miejscu. Naprawdę paskudne uczucie!
Nie mogłam zasnąć, było jeszcze ciemno. Nie wiem która godzina... ani kiedy znów zasnęłam... A teraz drżę o moich bliskich. Synek poszedł do kolegi. Jestem niespokojna... Paranoja jakaś!!!
Rozsądek podpowiada, że ten sen to efekt pragnienia, by wyśnić coś pięknego. Miałam taką myśl, nim usnęłam. Złośliwa podświadomość wykreowała zupełnie przeciwnie. Ironia, nieprawdaż. A to było takie małe marzenie o oderwaniu sie od codziennych trosk nocą... Pewnie bardziej relaksuje umysł "czarna dziura" w jaką zapadam zazwyczaj. Zero wspomnień po minionej nocy... Żadnych snów, żadnych pragnień, nic.
Zachciało mi sie zmian - więc się teraz martwię.
Ciekawa jestem jak długi termin ważności mają sny??


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Ekspresowy przegląd tygodnia

środa, 15 października 2008 15:25

Tyle dzieje sie wokół ostatnimi czasy. Właściwie nie wiem od czego zacząć powinnam.
Rozmowy nocą
- zupełnie juz niemal ustały. Nie wiem czy na zawsze, czasem dzwonię, ale On juz jest inny. Od czasu spotkania... chyba go przerażam;)) Taaaka jestem straszna. I nie o image chodzi... raczej o niezależność i siłę jaka we mnie drzemie. A facet woli małą, biedną kobietkę... taką co to będzie czule ćwierkała, acz - inteligentnie, da się przytulić, a jednocześnie nie wystartuje doń z jakimiś problemami czysto egzystencjalnymi. A ja, cóż - hetera w małym ciele - szkoda gadać. Od początku uczulałam Go, ze pozory mylą, a ocenia mnie pochopnie - no i przyszedł taki moment gdy jak kawę na ławę wyłożyłam mój hart ducha. Efekt - milczenie. Ale może oswoi się...
W pracy
- zostałam całkiem sama, czyli rzucona na głęboka wodę. Bez żartów. Ale nie narzekam. Mam nadzieję, że przetrwam do powrotu pani kierownik i nie namotam za mocno;)) A jeśli - to uda mi sie to później odkręcić. Poza tym , samodzielność zmusza do myślenia, bo gdy nie ma kogo zapytać - po prostu trzeba działać. Errare humanum est. Zatem błądzę, niczym w ciemności, a z czasem zrobi sie jaśniej - mam nadzieję.
Zdrowie
- bez zmian, sypie się. Nieustannie próbuję doprowadzić  je do porządku. Skutki marne póki co. Wykąpię się dziś w jeziorze, wyparzę w saunie - może przynajmniej katar zniknie. Na skorupiaki chyba nie działa - nie można mieć wszystkiego niestety... Ale za tydzień jakiś idę pod nóż... mam nadzieję, że będzie raz a dobrze. I po kłopocie.
Dzieciaki
- dzięki Opatrzności - całe i zdrowe, a to najważniejsze. Bunt wieku dojrzewania jestem w stanie przeżyć. Chyba..
Uczucia
- mieszane, skierowałabym je chętnie na jakiegoś mena. Byle jednak we właściwym kierunku. I tu pojawia się kolejny dylemat.
O nim może następnym razem.
Do miłego.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Nie żal mi

poniedziałek, 06 października 2008 1:09

Odchodząc dał mi szansę bym odkryła siebie.
Kim więc jestem? Wciąż nie wiem.
Nie żal mi już utraconej miłości, wspolnej wędrówki przez życie,
nie tęsknię za marzeniem o jesieni życia u jego boku.
Nie kochał mnie
dość mocno bym roniła łzy
wciąż.
Juz nie.

A jednak nadal piszę o nim.
Tak głębokie rany mi zadał.
Pozostała pustka. I coś więcej - wspomnienia.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Przemijanie

poniedziałek, 29 września 2008 0:02

Pomimo, iż dzień robi się coraz krótszy, nastrój przy zachmurzonym niebie jak najbardziej depresyjny, a tęsknota za latem jeszcze nie zelżała... podoba mi się jesienna aura. Widok czerwieniejących drzew, złociste dywany liści na trawnikach... purpura zachodzącego słońca...Kilka lat temu wyjeżdżałam do pracy za granicę. Zdarzyło mi się nie widzieć polskiej jesieni - a jest ona szczególna - przez parę ładnych sezonów. Zwykle wracałam, gdy były już przymrozki, a gałęzie drzew świeciły pustką... wówczas tęskniłam do widoku jaki dane jest mi teraz podziwiać. I nic, że ranki są chłodne, a w drodze do pracy trzęsę się jak osika, że świta właściwie po tym już jak zadzwoni budzik, a krótko przed tym gdy po kąpieli wyjdę na taras z papierosem. To tylko małe mankamenty wrześniowej aury. Myśląc o jesieni pamiętam zapach ziemi po wykopkach i szelest liści pod stopami. Uwielbiam je rozrzucać, zatapiać się w nich niczym małe dziecko. Układać klonowe bukiety nim stracą swe obłędne barwy na dobre, zmrożone zimowym podmuchem. Nim znikną przysypane białym puchem. Nie lubię zimy. Niech więc jesień trwa jak najdłużej. To takie moje małe życzenie nie do spełnienia. Im więcej mam wiosen na karku tym krócej trwają pory roku, choć ten ma nadal coś około 360 dni. Czy to ja cos przesypiam, czy ten czas jak mawia mój dobry znajomy niemiłosiernie zapier... ostatnimi czasy??!! Raptem zaczęło się lato, a już jesień mamy... i tak w kolko co roku. A jeszcze pamiętam pragnienie z dzieciństwa by szybciej urosnąć, być DOROSŁĄ - miałam wtedy jakieś naście lat - i straszny żal, że traktuje się mnie jak dziecko... Jakaż ja wtedy byłam głupia! A jednocześnie szczęśliwa. Ale wiem to teraz, gdy mam  ...dzieści.
Kiedy leżę przysypana kołderką liści marzy mi się znów być tamta młoda dziewczyną. Bez kłopotów,  trosk, nieufności do ludzi. Brakuje mi dziecięcej naiwności, wiary w to, że wszystko jest  możliwe. Szczęście podobno krąży wokół nas, blisko, wystarczy tylko wyciągnąć po nie rękę... chwycić, zacisnąć dłoń i nie puścić. Tylko jak sprawdzić czy się je złapało nie rozkładając palców?

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Firmowe niesnaski - lojalność - ludzka złość.

piątek, 26 września 2008 16:57

Przez cały tydzień zdarzenia pędza jak pociągi po torach (oczywiście nie polskie, te taczej płzają). Jedne nakładaja się na drugie, czasem nie ma chwili by sobie wszystko przemyśleć. Na spokojnie powoli. A jest tyle rzeczy, które muszę poukładać w glowie, nie bardzo wiem chyba jak się do tego zabrać. Myślę, że trzeba zacząć od oczyszczenia, czyli porządnej dawki płaczu. Tak mi sie zbiera od poniedziałku i zebrać nie może. Jestem niczym wielbłąd, który sporo uniesie, a jak spadnie nań przysłowiowe piórko nogi sie pod nim rozjadą. I ja na swoich czuję się coraz mniej pewnie, co nie ma zupełnie związku z ich słabą fizycznie kondycją. Znalazłam sie w niewłaściwym miejscu, czasie i przede wszystkim gronie. Zajęlam stanowisko zgodne jak najbardziej z moimi przekonaniami i ...zostałam ta ZŁĄ. Właściwie nie miało dotychczas znaczenia co myślą o mnie ludzie. Teraz jednak ktoś zadaje sobie wiele trudu by nakreślić innym wizerunek mej osoby widziany przez pryzmat własnej urazy. I nie ustaje w staraniach. Zatacza coraz szersze kręgi, mąci, psuje mi krew. A zaczęlo się od tego, że kilka osób z firmy postanowiło zmienić pracę przenoszac sie do konkurencji. Ich decyzja. Bez komentarza. I w sumie nie ważne już z jakich powodów jedna z nich pracując jeszcze u nas wypuszczała do swej nowej firmy różne dokumenty. Pewnie trochę tego było. I niech jej tam, choć uważam że to nie fer. Do niektórych jednak nie potrafiła dotrzeć. I zwyczajnie poprosiła mnie o nie. Odpowiedziałam, że ręki do tego nie przyłożę (na tym trzeba było zakończyć) ale coś mnie podkusiło i powiedziąłam jej co myślę - jakieś tam bzdety o lojalności i uczciwości. I zrobiła sie afera. Choć sprawa w moim przekonaniu dotyczyła nas tylko, traf dał że tego samego dnia poproszono ją o pojście na urlop. W sumie to ja powinnam powiedzieć szefowi co się dzieje. Odpuscilam sobie jednak. I tak się dowiedzial , choć nie wiem skąd. Laska, którą zresztą szanowałam i lubiłam - wręcz przeciwnie. A dokładnie jej małżonek. Zaczął od telefonu do mnie i to nie była miła rozmowa. Właściwie był to monolog - jego. Wyłączyłam sie mówiąc żegnam. Bo przecież nie potrzebuję takich znajomych. A juz na pewno nie będzie mi wymyślał małżonek nota bene dojrzałej w moim mniemaniu kobiety, żem jego żonę uraziła! 
Tylko nie wiem dlaczego tak mi smutno.  Bo to nie musiało tak być. Mi zawsze zależalo na ludziach. Pewnie niewłaściwych i niepotrzebnie...  Czuję jednak żal. Paradoksalne, prawda?
A przecież nie jest to moj jedyny kłopot. Właściwie ten jest maleńki. Ja wiem. Teraz muszę zadbaćo ważniejsze rzeczy, niz ludzkie gadanie. Stanąć do boju i wygrać. Choć wiem , że wcale nie jestem skazana na zwycięstwo. I lekko nie będzie.
A jak znam siebie nawet wypłakać sie nie będę umiała. Jeszcze trochę i będę słona jak Morze Martwe;))


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

I wszystko jasne.

środa, 17 września 2008 19:45

No i jest. Na szczęście, ponieważ zapobiegliwa ze mnie kobieta i badam się często wcześnie wykryty i w medycznej klasyfikacji zwany wczesnym stadium. A to oznacza, że nerwy właśnie pusciły - trochę za sprawą tejże wiadomości, a trochę dzięki piwu na odstresowanie wypitemu w miłym towarzystwie. Jako że świadoma genetycznych obciążeń stworzyłam sobie juz wizję najgorszego, z lekka odetchnęłam, czuję się teraz znacznie lepiej. Choć nie ma mowy o euforii przecież, bowiem czeka mnie jeszcze zabieg i leczenie,  czytaj ból i cierpienie. Ale czy to pierwszy, no przecie że nie. Więc dam radę. Tak sobie wmawiam bo sama świadomość, że szpital nieunikniony jest okropna. Do tego trzeba to jakoś z życiem pogodzić, pracą i paroma jeszcze sprawami. Ale będzie dobrze , musi być. Przydało by się wsparcie, może jednak poczekam jeszcze z rozmową z bliskimi. Im później się dowiedzą tym lepiej - dla nich oczywwiście. Zresztą dla mnie pewnie także.

Poza tym, mam Was, no i rzecz jasna Jego. A to bardzo dużo. Już nie jestem z tym całkiem sama. Ja i rak to fatalna para. Nie lubie go, nie chcę. Jeszcze parę tygodni i mam nadzieje pojdzie sobie. Tęsknić nie będę. Może zapomnę, choc pewnie nie, to nie takie proste.

Ale i tak kamień spadł mi z serca. Ta niepewność była dobijająca. Nie do zniesienia. Teraz mam świadomość, z nią jaokoś sobie poradzę. A On mi pomoże, szkoda że jest tak daleko. Jednak nawet rozmowa duzo daje. Ciepło, troska, ukojenie.

W gruncie rzeczy chyba jestem szczęściarą. Bo pomimo, że lepi sie do mnie wszelkie cholerstwo, spotykam też wspaniałych ludzi. A to bardzo dużo znaczy. Nie będę marudzić. Będę dzielna. 

Bo jutro będzie nowy dzień, lepszy, choć pewnie także pchmurny. Dzień bez oczekiwania na wyrok. Wszak objęlo mnie ułaskawienie.

Dziś wyśpię się. A sen moze będzie spokojny. Nareszcie.

Wam też słodkich snów życzę.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

POKONAĆ STRACH

poniedziałek, 15 września 2008 17:21

To był rutynowy przegląd. Zero stresu, od lat przecież robiłam takie badanie, głównie dlatego że trzeba, a nie z jakiejś szczególnej checi. Nawet nie przypuszczałam , że usłyszę coś takiego. Dlatego właśnie trzepnęlo mną tak mocno. Zupełnie sobie z tym nie radzę. Jednak informacja: może mieć pani raka porusza człowiekiem. A najgorsze jest to czekanie na wyrok. Gdybanie co będzie dalej. Nadzieja, że może jednak dobrze. Strach przed nieznanym... brak siły do walki... przerażenie - co będzie z dziećmi...

W pracy ledwo skupiam się na tym co do mnie mówią, w domu zamykam w sypialni. Na nic nie mam ochoty, ulotnił sie mój zapał, najchętniej przespałabym tych kilka dni, dni oczekiwania na wynik. Tak bardzo chciałabym usłyszeć , że się ktoś pomylił. Że to wszystko nieprawda. Zły sen.

Wiem , że nie jestem jedyna, że mnóstwo ludzi staje przed takim faktem i żyją, biorą sie w garść , ida do przodu, leczą...

Czuję się strasznie samotna i bezsilna. Zamknęlam strach w sobie. Ale on jest w każdej mniucie dnia i nocy. Nie opuszcza mnie nawet na chwilę. Napina  mięśnie, przygina kark, kurcze się a jeszcze nie wiem konkretnie co takiego zyje w mym ciele, jak bardzo jest złe.

Zastanawiam sie czy mozna oswoić strach, nauczyc z nim zyć, POKONAĆ ??


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Mam problem z tytułem, więc będzie bez

niedziela, 14 września 2008 20:36

Ciepło zrobiło się w domu po tym jak rozpaliłam w piecu. A jeszcze cieplej na mym sercu po tym jak spaliłam  w nim ubrania Jaśnie Pana. Zatem to one dziś grzeją powietrze i wodę. Oj wiem, nie ma się czym chwalić. Przecie ja idiotka powinnam była zrobic to pare ładnych lat temu. Lepiej jednak późno niż wcale.

Jeszcze tylko parę kartonów nikomu niepotrzebnych papierów z garażu, które pozostawił mi w spadku, tudziez innego gatunku badziewia, blizej  niesklasyfikowanego. Na szczęście łatwopalnego. Jakieś pół roku wodę można na tym grzać:))

Zrobie sobie dzis aromatyczną kąpiel. A co mi tam na wranglerach, lewisach i koszulach z cottonfielda.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Jezcze cztery dni niepewności

piątek, 12 września 2008 17:09

Dawno nie pisałam. Idziś chyba też nie powinnam. Same smętki w glowie. Znów mi sie zdrowie sypnęlo jak domek z kart - to i o optymizm ciężko. A juz myślalam , że mam to za sobą i teraz to juz tylko do przodu. Okazuje się , że niekoniecznie. Czekam na wyniki. Z duszą na ramieniu odliczam każdy dzien niepewności. Jeszcze tylko cztery. I juz nie wiem czy to cztery dni szczęścia, czy nieszczęścia. Bo jak się okaże, że alarm był fałszywy to odetchnę z ulgą i zapomnę je jak najszybciej. Ale jeśli nie - to sama juz nie wiem... Skąd mam wziąc siłę by to przeżyć i pokonać cholerę, która we mnie mieszka.
Strasznie się boję.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Obiektywnie rzecz biorąc...

środa, 03 września 2008 17:45

Czuję się bezlitośnie rzucona o twardą w rzeczy samej gelbę. Nie służą mi zupełnie zmiany jakich czas nastał ostatnio. Zmiana pracy to poważna decyzja i skoro już zapadła nie powinnam nastawiać się do niej krytycznie, a jednak po zaledwie dwóch dniach w nowym otoczeniu mam chyba dość. Mieszane uczucia towarzyszyły mi od samego początku, gdy tylko temat zaistniał. To zrozumiałe. Człowiek z reguły podchodzi sceptycznie do nowości. W dodatku dodać trzeba, że tu jestem totalnie zielona. Wszystkiego muszę nauczyć sie od początku. A ja przecież zawsze kochałam swoją robotę. Miałam poukładane w mej maleńkiej główce wszystkie jej szczególiki, właściwie nic nie wymagało wyjaśnień, czy tłumaczenia. Od dwóch dni o wszystko muszę pytać, a jest tego tak duzo , że za chwilę pytam ponownie i jeszcze raz i tak dalej. Wracam do domu zmęczona, wypruta z sił i entuzjazmu. Nie chce mi się nawet uśmiechać. A to już fatalne. Bo śmiać się zaczęłam całkiem niedawno. I chyba szkoda byłoby to stracić. Pewnie z czasem i kolejnym pytaniem na które będę już znała odpwiedź moje nastawienie zacznie ulegać zmianie, przynajmniej taka żywię nadzieję, ale nie dziś jeszcze. Dziś chętnie odeszłabym stamtąd i nigdy nie wróciła. Oczywiście , że nie mogę sobie na to pozwolić. Pracować muszę z czysto prozaicznych powodów, jak każdy zresztą. Zaczynam jdnak powoli dojrzewać do decyzji o własnym przedsięwzieciu. Coś czuję, że i tak to mi pisane. Zawsze jednak te ewentualność trzymałam w odwodzie, zupełnie jak grosz na czarną godzinę. A może ona nastała? Rozsądek podpowiada, że należalo by dać sobie szansę, poczekać. Samo do głowy nie wejdzie, ale jak sie przyłożę może pojawią sie pierwsze efekty. Ech, plotę tu bez sensu, a i tak będzie co ma być.

Co nie zmienia faktu, że skończył sie wspaniały okres, który zawsze będę wspominać z sentymentem -czas w którym zarabianie pieniędzy było czystą przyjemnością, a nie tylko przymusem.

Chciałabym polubić to co teraz robię, staram się nie blokować. Ale nie wiem czy dam radę.

I to stwierdzam obiektywnie, choć dotyczy mnie samej i mogłoby wydawać sie subiektywne.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  36 026  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Kawałek mego życia, tutaj ...

Kilka myśli o minionym dniu.

Kawałek mnie

Samotna u życia bram,
wszak to zaczyna sie po trzydziestce.
Ciekawa co przyniesie los...
Spragniona doznań
choć już niestety wybredna
prawdziwa kobieta:
czasem słodka, czasem wredna;))

Statystyki

Odwiedziny: 36026
Wpisy
  • liczba: 97
  • komentarze: 301
Bloog istnieje od: 3589 dni